06/2021 Śląsk II Wrocław – Motor Lublin 30.09.2020

Uwaga – wpis będzie nieobiektywny – byłem jedną ze “stron” tego wydarzenia. 🙂

“Miała matka syna, syna jedynego…” niosło się gromko ostatniego dnia września nad Wrocławiem. Tych synów w mojej kolejnej kibicowskiej przygodzie uczestniczyło niespełna tysiąc, a mowa o meczu rezerw Śląska Wrocław z Motorem Lublin, czyli spotkaniu drużyn, których kibice przyjaźnią się od ponad już trzydziestu lat.

I pod tym kątem planowałem swój wyjazd do Wrocławia. Duch Futbolniętego niemal w całości pozostał tego dnia w Pruszkowie, do stolicy Dolnego Śląska wybrał się natomiast alter ego, czyli Łukasz, kibic Motoru od dwudziestu już lat.

Nie chciałem jednak całkowicie pomijać tutaj tej przygody, gdyż atmosfera i zabawa na trybunach była przednia. Nie chcąc zdradzać wszystkiego, pominę więc kilka ciekawych scen, które wydarzyły się tego dnia przy Oporowskiej, skupię się jedynie na tym, co w większości można znaleźć w szeroko pojętych mediach.

Kluczową informacją w całej tej historii jest fakt, że mecz zaplanowano… na środę… na 12:00… Nie chcę dociekać, kto i z czym się na łby pozamieniał planując TAKI mecz o TAKIEJ godzinie, prawdą jest jednak, że jeśli chodziło o jak najmniejszą widownię to – że tak powiem – nie pykło.

Ja jednak byłem prawdopodobnie jedyną osobą, której ta godzinowa fanaberia odpowiadała, bo na spokojnie mogłem odstawić rano dziecię do żłoba, wsiąść w samochód i przejechać ponad 300 kilometrową podróż bez większego stresu o ewentualne spóźnienie. A po meczu na spokojnie – jeszcze przed zachodem słońca wrócić do domu, nie włócząc się po całej Polsce przez całą noc, jak przy mojej ostatniej wizycie we Wrocławiu.

Założyłem sobie, że na Oporowskiej zamelduję się pół godziny przed pierwszym gwizdkiem, realia były jednak takie, że przez nikogo niepokojony leciałem sobie niemalże pustą trasą 150-160 km/h i do celu dotarłem blisko godzinę wcześniej. Chwilkę się pokręciłem, zbiłem parę piątek z kilkoma znajomymi kibicami z Lublina i razem z resztą braci zasiedliśmy na krytej trybunie legendarnego obiektu Śląska.

A tam to już melanż pełną gębą, kilogramy pirotechniki, doping całkiem przyzwoity, biorąc pod uwagę że część kibiców z Lublina biesiadowało we “Wrocku” już minionego dnia… I w tym wszystkim ja – tak bardzo żałujący, że byłem autem… 🙂

Nie będę ukrywał, że nieszczególnie wiem, co działo się na boisku. Jedyne, co wychwyciłem to kolejny remis “po jeden” lubelskich gladiatorów plus zasłyszałem, że znowu ciężko było oglądać tę padlinę. Nie wiem, nie oceniam, ciężko skupić się na przebiegu spotkania będąc albo pod sektorówką, albo operując “machajką”, albo być spowitym dymem z rac. Niczego nie żałuję. 🙂

Z mojej perspektywy w tym pojedynku pod kątem wydarzeń okołomeczowych było wszystko, włącznie z plecakiem pełnym fantów, a największą wartością dodaną całej operacji jest fakt, że ten – niekoniecznie najbliższy – wyjazd zajął mi łącznie dziesięć godzin.

Żeby nie było tak słodko – po ostatnim gwizdku pokazówkę musiała urządzić sobie miejscowa milicja, która zrobiła selekcję wśród wychodzących widzów. Kobiety, seniorzy i ojcowie z dziećmi mogli spokojnie opuścić obiekt, cała reszta była legitymowana jako osoby potencjalnie biorące udział w przestępczym procederze używania pirotechniki. A że nie załapałem się do wyżej wymienionych grup uprzywilejowanych, mogę się spodziewać jakiegoś wezwanka na komendę w charakterze świadka i będzie mnie czekać kolejna wycieczka do Wrocka. 🙂

Byleby tego dnia rozgrywały się w pobliżu jakieś mecze. 🙂

OD LAT WIELU AŻ DO ŚWIATA KOŃCA – WŁADCY WSCHODU I DOLNEGO ŚLĄSKA! AUUUU!

P.S. Galerii nie będzie, to nie był czas i miejsce na paradowanie ze smartfonem. 🙂

P.S. #2: częściowym sponsorem mojej wycieczki był program lojalnościowy PayBack, tyle punktów nakisiłem przez ostatnie miesiące, że “za darmo” zatankowałem pełen bak paliwa który to wystarczył na prawie całą operację meczową. 🙂

Data i miejsce: 30.09.2020 Wrocław (Oporowska)
Mecz: Śląsk II Wrocław – Motor Lublin
Rozgrywki: II liga
Widzów: podobno 698, po mojemu nieco więcej, bliżej czterech cyfr
Doping: i to jaki!
Pirotechnika: dużo 🙂
Piwo: niekończące się ilości
Catering: grill na przyzwoitym poziomie, dla mnie bezpłatnie “Motor nie płaci” 🙂
Pamiątki: trochę w sektorze, trochę w przystadionowym fanshopie
Bilet: 10 PLN
Subiektywna ocena: 9/10

29/1920 Wisła Płock – Raków Częstochowa 03.03.2020

Blisko trzy miesiące trwał mój rozbrat z futbolem w oficjalnym wydaniu, dlatego mocno świerzbiło mnie, aby czym prędzej gdzieś się wybrać, szczególnie że to już marzec za pasem i pogoda coraz bardziej wiosenna… Ekstraklasą zakończyłem rok miniony, ekstraklasą zaczynam rok bieżący (sparing w Legionowie traktuję z przymrużeniem oka i wliczam go do statystyk połowicznie), wszystko się zgadza.

Kilka dni temu, kiedy dowiedziałem się o moich pustych polach w grafiku, szybko przeleciałem nieocenione 90minut w poszukiwaniu czegoś ciekawego. I szybko nadarzyła się okazja, żeby ruszyć się gdzieś odrobinę dalej, nie tracąc przy tym całego dnia, a ziemią – w tym przypadku obiecaną – był Płock i mecz miejscowej Wisły. Nie trzeba było podejmować rozmaitych działań przygotowawczych, bowiem od mojego Pruszkowa do Płocka jest ledwie sto kilometrów, dlatego ruszając w trasę dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem miałem spory zapas czasowy i mogłem sobie pozwolić na ecodriving, co w przypadku mojego chłonącego paliwo jak gąbka Futbolniętowozu miało niebagatelne znacznie ekonomiczne. Na miejsce dotarłem 40 minut przed pierwszym gwizdkiem i był to wystarczający czas, żeby kupić bilet, chwilę pokręcić się pod stadionem, wejść nań i jeszcze mieć zapas czasowy.

A to dlatego, że pomimo, że ekstraklasa w dość sporym mieście, to jednak wtorek + 18:00 + pogoda średnia łamane na słaba (momentami rzęsisty deszcz, jedyny plus że było stosunkowo ciepło jak na początek marca). Robiąc przedstadionowy rekonesans byłem pewien, że frekwencja tego dnia zamknie się w trzech cyfrach, nieznacznie jednak się pomyliłem, bo na stadionie im. Kazimierza Górskiego zasiadło tego dnia 1714 osób. Wynik niezły, biorąc pod uwagę fakt, że pół godziny przed meczem przed kasami było najzwyczajniej pusto.

Jak już wspominałem w przedmeczowym video, głównym powodem mojej wizyty w Płocku był fakt, że dotarły do mnie wieści, iż z końcem bieżącego sezonu na stadion Nafciarzy wjadą buldożery i obiekt ma się zmienić nie do poznania. Ten obiekt, który jeszcze nie tak dawno uchodził za jeden z nowocześniejszych w kraju i był areną spotkań pierwszej reprezentacji Polski… I choć jeszcze to wszystko trzyma się kupy, to jednak widać na każdym kroku upływ czasu i uwierzytelnia zasadność gruntownej modernizacji.

Rzecz o kibicach. Młyn gospodarzy uformował się dość szybko i moje wprawne oko wyliczyło około 200-250 aktywnie uczestniczących w dopingu kibiców z Płocka. Wokalne pokazy adekwatne do frekwencji, czyli coś tam było słychać ale brakowało przysłowiowego “pierdolnięcia”. Repertuar w miarę różnorodny, całość uzupełniały dwa bębny, a to wszystko pod wodzą gniazdowego, który bardzo kulturalnie zapraszał do aktywnego uczestniczenia w dopingu. Dla mnie to wszystko troszkę zbyt grzeczne, ale nie wszędzie widocznie musi być “agresywny” klimat. 🙂

Goście dotarli na mecz jeszcze przed pierwszym gwizdkiem dwoma autokarami, co w połączeniu w wizualną oceną sektora kibiców z Częstochowy mogło wskazywać, iż było ich około półtorej setki. W asyście prześcieradła z czymś na styl PDW i flagi “Podróżnicy” wokalnie nie zaprezentowali absolutnie niczego ciekawego, a w pierwszej połowie ich doping ograniczył się jedynie do kilkukrotnego “Jesteśmy zawsze tam” – liczyłem na znacznie więcej. Obustronnych uprzejmości nie odnotowano.

Rzecz o meczu. Nie były to zawody, o których ktokolwiek będzie pamiętał dłużej niż 48 godzin, natomiast nie było też tak, że po pierwszych pięciu minutach oglądania tego widowiska można było dostać raka oczu. Taka typowa ekstraklasa, były momenty, jeśli spojrzeć na to spotkanie pod kątem estetyki gry to Raków wygrał zasłużenie. Gospodarze nie byli zdominowani ale nie był to też ich dzień. Raków zagrał mądrzej, wybiegał te trzy punkty, a jeśli miałbym kogokolwiek wyróżnić, to strzelca drugiej bramki, Petraska. Jegomość przy stałych fragmentach jest absolutnym kotem i czerpie ze swoich warunków fizycznych wszystko, co się da. Dość symboliczne były momenty, kiedy niektórzy zawodnicy Wisły w wyskoku mieli głowy niżej niż stojący Petrasek. 🙂

Pamiątki i catering, czyli to, co lubię bardzo. Oferta gastronomiczna całkiem rozbudowana jak na nasze warunki, bo w budce za trybuną serwowano asortyment typu frytki, skrzydełka, nuggetsy i tak dalej, natomiast obok pięknie skwierczał grill węglowy z nieśmiertelną giętą. Nie byłbym sobą, gdybym nie skosztował tego stadionowego frykasu za kwotę dziesięciu złotych. Kiełbaska całkiem smaczna, gabarytowo również powyżej średniej dlatego z czystym sumieniem polecam, choć nie ukrywam, że na innych arenach zdarzało mi się jadać lepsze. Całej gastronomicznej infrastrukturze towarzyszyły jeszcze nalewaki z piwkiem (8 PLN), którego to jednak z uwagi na zmotoryzowanie nie przetestowałem. A szkoda…

Przed i na stadionie punkty z pamiątkami, do wyboru do koloru – szale, koszulki w całkiem przystępnych cenach, wróciłem oczywiście z szalikiem do kolekcji, a na dokładkę darmowy program meczowy i tzw. “teamsheet”, czyli kartka ze składami obu drużyn – to wszystko za darmo, dokładane w kasie do biletu.

Słowem zakończenia i podsumowania – sporo plusów w tym Płocku, dla mnie zabrakło tylko takiej “agresywniejszej” atmosferki, większego fanatyzmu i dobrej pogody. Stadion na pograniczu retro i współczesności też godny uwagi, dlatego polecam się spieszyć z odwiedzinami bo prawdopodobnie po przebudowie straci ten swój klimat rodem z przełomu wieków. Mimo wszystko – warto było i nie żałuję, że pojechałem. A to już dużo. 🙂

Data i miejsce: 03.03.2020, Płock
Mecz: Wisła Płock – Raków Częstochowa
Rozgrywki: Ekstraklasa
Widzów: 1714 (gości: ~150)
Pirotechnika: absolutnie brak
Doping: był, i to by było na tyle…
Piwo: chyba Kasztelan, 8 PLN
Catering: gięta, skrzydełka, suche przekąski – było w czym wybierać
Pamiątki: sklepik klubowy przed i na stadionie, atrakcyjna oferta
Bilet: 20 PLN
Subiektywna ocena: 7/10

27/1920 Śląsk Wrocław – Legia Warszawa 08.12.2019

Dla każdego fanatyka Motoru wyjazd do Wrocławia na Śląsk to punkt obowiązkowy, dlatego od dłuższego czasu planowałem to zrobić, czekałem jednak na mecz z kategorii “kibicowski top” w dogodnym terminie. Taki przytrafił się na początku grudnia, co zdecydowanie opóźniło mój piłkarski sen zimowy, a rywalem wrocławian była stołeczna Legia. Jeśli dodamy do tego fakt, że do stolicy Dolnego Śląska wybierała się rekordowa grupa kibiców z Warszawy, a i sami gospodarze szczególnie mobilizowali się na ten pojedynek to oznaczało, że czeka mnie absolutna petarda.

Zacznijmy jednak od początku. Długo biłem się z myślami, czy jechać do Wrocławia autem, czy jednak po raz pierwszy w erze Futbolniętego postawić na kolej. Obie opcje miały szereg tak plusów, jak i minusów, ostatecznie jednak stanęło na skorzystaniu z usług PKP. Niewątpliwym atutem tej decyzji była możliwość zażywania piwerka, sporym jednak minusem było uzależnienie się od – fatalnego moim zdaniem – rozkładu jazdy. Mecz rozpoczynał się o 17:30, ja jednak postanowiłem przybyć do Wrocławia już chwilę przed 10:00. Podróż “tam” zleciała migiem, siedziałem sobie sam w przedziale pomimo tego, że nie dobierałem “miejscówki” do biletu weekendowego i generalnie ledwo się obejrzałem, a już Opole, Brzeg, Wrocław… Witam.

Sześć luźnych godzin znaczyło, że trzeba pospacerować tu i tam, przejrzeć ofertę gastronomiczną, “poczuć” miasto. Trafiłem świetnie, bo tego dnia na wrocławskim rynku i w jego okolicach odbywał się Jarmark Bożonarodzeniowy, a jako że jestem wielkim zwolennikiem całej tej świątecznej otoczki, to czułem się podjarany jak kilkulatek przy rozpakowywaniu wigilijnych prezentów. To wszystko jednak miało też jeden ogromny minus, bo już w południe wszystkie okoliczne knajpy (a jest ich mnóstwo) były szczelnie wypełnione i znalezienie wolnego miejsca, żeby napić się przysłowiowego “jednego piwa” było nie lada gimnastyką.

Czas wolny szybko zleciał i na dwie godziny przed rozpoczęciem spotkania transportowałem się już na położony na obrzeżach miasta Stadion Wrocław, który tego dnia miał kipieć fanatyzmem. Po drodze jeszcze szybki posiłek w postaci pierogów w asyście pięćdziesiąteczki nalewki w jakiejś ukraińskiej knajpce i 16:30 byłem już przed wrocławską areną. Tu również jeszcze osławiona “setunia” i można było wchodzić na obiekt.

Mecz miało tego dnia obejrzeć ponad trzydzieści tysiecy widzów, dlatego byłem w wielkim szoku, że wejście na stadion odbyło się ekspresowo, wręcz bezkolejkowo. Zanim udałem się na trybunę, zlokalizowałem jeszcze sklepik kibicowski, czego skutkiem był powrót do domu ze zgodową koszulką i pasiakiem. A później… Trybuno B, witaj. Wiedziałem, że jeśli zdecyduję się być częścią wrocławskiego młyna to odbije się to negatywnie na “służbowym” aspekcie wyjazdu, czyli obowiązkach Futbolniętego… Ale skoro pierwszy raz gościłem u Braci na meczu, to miałem bardzo głęboko wiadomo gdzie seryjne strzelanie fotek i w pełni poddałem się fanatycznemu dopingowi.

I nie żałowałem tej decyzji ani przez chwilę. Trochę mi się sentymantalnie zrobiło, kiedy w trakcie oprawy operowałem jedną z “machajek”, wróciły wspomnienia, kiedy na Zygmuntowskich nie raz trzymało się racę w łapie i wracało do domu ze zdartym gardłem… I dziś ja, ponad trzydziestoletni “jeszcze nie zgred, już nie małolat” poczułem się właśnie jak małolat. 🙂

Krótko podsumujmy kibicowskie aspekty pojedynku. Młyn Śląska – podobno – około dziewięciu tysięcy głów, gości natomiast – o ile dobrze pamiętam – dokładnie 3421. Taka ilość świrów na jednym stadionie musiała przerodzić się w eksluzywną wizytówkę polskiej sceny ultra. Jeśli dodamy do tego niezliczoną ilość pirotechniki i potężny, obustronny doping przez pełne 90 minut to mamy genialny obrazek polskiej sceny kibicowskiej. Festiwal piosenki wulgarnej również się odbył, brały w nim udział obie strony ale to jednak gospodarze wiedli prym w tej konkurencji. 🙂

Na boisku wygrała drużyna zdecydowanie lepsza, choć wcale nie musiało tak się stać. Pierwszą “dwusetkę” mieli gospodarze, w postaci karnego przestrzelonego przez Roberta Picha, a dalej to już Legioniści doszli do głosu i ostatecznie po strzeleniu trzech bramek, przy zachowanym czystym koncie z tyłu wrócili do stolicy. Warto jeszcze dodać, że sam pojedynek trwał nieco ponad 100 minut, bowiem sylwestrowy pokaz pirotechniczny kibiców Śląska zmusił arbitra do przerwania meczu na kilka minut, aż zdążyło się wszystko wystrzelać. 🙂

Po meczu przymusowe cztery godziny “w terenie”. Pociąg powrotny miałem mieć pierwotnie dwadzieścia minut po północy, tablica na dworcu wskazywała jednak “40 min delay”, pani z głośników wydłużyła później opóźnienie o kolejne dwadzieścia minut… Po czym pociąg podjechał spóźniony o – tylko – 30 minut. Serdecznie współczuję tym, którzy poważnie potraktowali komunikaty i gdzieś tam sobie poszli na jakiś czas, bo prawdopodobnie zostali w przysłowiowej dupie i musieli czekać jeszcze kilka godzin na kolejny skład. Drogę powrotną przespałem w zasadzie w całości, bo nie mogłem zdzierżyć że pociąg może się zatrzymywać dwa razy na tej samej stacji w ciągu jednego przejazdu. Ot, PKP w pigułce. 🙂

Reasumując – rok zacząłem mocnym kibolskim akcentem w postaci derbów Belgradu, kończę natomiast równie dobrym pierdolnięciem w postaci naszego lokalnego fanatycznego topu. Chyba nie ma co narzekać. 🙂

Wyjazd bez samochodu jest świetną okazją, żeby zapoczątkować nowy cykl, który pozwolę sobie nazwać “Beernięty”. We Wrocławiu dostąpiłem zaszczytu:

Česká, Świdnicka 8a: Čochtan z nalewaka, mocno nagazowany, średnio goryczkowy lager bez pianki, najlepsze w ciągu pierwszych kilku minut. Cena: 11 PLN. 7/10
Pijalnia Wódki i Piwa, Rynek – ratusz 13/14: jakieś z nalewaka, już nie pamiętam, chyba Warka. Barowy klasyk, Cena: 8,50 PLN. 4/10.
Craftova, Rynek 22/1a: Vinohradsky Pivovar – Pils z nalewaka, kraft co się zowie, sporo goryczy ale w bazowej temperaturze ambrozja. Cena: 14,00 PLN. 7/10.

I dalej na świeżym powietrzu jeszcze miejscowe, zapuszkowane Piasty, czyli tradycyjne polskie lagery z segmentu “Królewskie – Warka – Tyskie”. Taka średnia krajowa, 5/10. 🙂

Data: 08.12.2019
Mecz: Śląsk Wrocław – Legia Warszawa
Rozgrywki: Ekstraklasa
Widzów: 31819 (gości: 3421)
Pirotechnika: około mnóstwo
Doping: na najwyższym poziomie
Piwo: tylko bezalkoholowe
Catering: kiełby, zapieksy, nietestowane tym razem 🙁
Pamiątki: sklepik klubowy, sklepik kibicowski, dostępne wszystko
Bilet: 25 PLN na młyn
Subiektywna ocena: 9/10, tylko dlatego, że piwo alkofree

25/1920 Stal Kunów – Klimontowianka Klimontów 09.11.2019

Epizod drugi świętokrzyskiej soboty. Jak już wspominałem, powoli zbliżamy się ku sezonowi ogórkowemu, dlatego trochę na siłę, ale trochę też dlatego że było “idealnie po drodze” zajrzałem do podostrowieckiego Kunowa. Jadąc ze Starachowic na KSZO musiałem odbić z trasy ledwie pół kilometra, żeby odwiedzić symbolicznie mecz tamtejszej Stali z Klimontowianką Klimontów. Grzechem byłoby nie skorzystać…

Rzadko to się zdarza, ale miałem problem ze zlokalizowaniem areny w Kunowie. Adres podany na stronach PZPNu kierował mnie pod budynek lokalnego urzędu (gminy?). Trzeba więc było zużyć jeszcze trochę transferu w telefonie, żeby w końcu dotrzeć pod tutejszy stadion, a jak już trafiłem… To zupełnie z dupy strony i ciężko było stwierdzić, gdzie jest wejście (chociaż z pozycji auta zaparkowanego przy płocie miałem pełen obraz spektaklu). Skręcałem więc w każdą jedną uliczkę, która dawała jakiekolwiek prawdopodobieństwo dotarcia do “nieba bram”, w końcu się udało…

Bez problemu wjechałem autem na tereny zielone wokół murawy, w pierwszej wersji stanąłem idealnie kilka metrów za jedną z bramek, po czym uświadomiłem sobie, że każdy niecelny strzał to potencjalne uderzenie w Futbolniętowóz, dlatego po szybkiej refleksji przeparkowałem się bliżej jednego z rogów boiska. Z góry wiedziałem, że będzie to szybka wizytacja dlatego po pstryknięciu kilku zdjęć i krótkiego spaceru wokół boiska zapakowałem się z powrotem do auta i kilka minut później byłem już przed obiektem KSZO.

Ale słów kilka o Stali Kunów. Bardzo miłym zaskoczeniem byli kibice gospodarzy, którzy uformowali młyn i dopingowali swoją drużynę ile sił, co rzadko zdarza się na tym poziomie rozgrywkowym i w tak małych miejscowościach. To wszystko w asyście sporej i estetycznej flagi podkreślającej lokalny fanatyzm, zatem ogromne brawa i wielki szacunek dla kibiców Stali.

O samym meczu powiem niewiele, bo po wspomnianych poszukiwaniach wpadłem nań kilka minut przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę, a katapultowałem się do Ostrowca w zasadzie tuż po rozpoczęciu drugiej części meczu. Dlatego z góry przepraszam piłkarzy obu drużyn za brak jakichkolwiek peanów, może następnym razem. 😛

A miejscowa arena – schludny obiekt, z jedną pełnoprawną trybuną od zachodu i budynkiem klubowym po przeciwnej stronie, z którego to donosił się głos miejscowego spikera. Co ciekawe, za owym budynkiem znajduje się historyczna brama na stadion z wykutą nazwą klubu, która jednak pełni już teraz funkcję chyba tylko “pomnika” (będzie na zdjęciu w galerii na FB). Całość malowniczo położona, bowiem tuż za stadionem przepływa rzeka Kamienna, a to wszystko dopełnia dość spore zadrzewienie dlatego z chęcią zobaczyłbym jeszcze raz tutejszą arenę późną wiosną bądź latem, pewnie do zrobienia. 🙂

Dlatego z Kunowem nie żegnam się, lecz mówię – “do zobaczenia”! Tym razem na dłużej niż “chwilę”. 🙂

Data: 09.11.2019
Mecz: Stal Kunów – Klimontowianka Klimontów
Rozgrywki: świętokrzyska liga okręgowa
Widzów: ~100 (gości: chyba brak)
Pirotechnika: brak
Doping: był, brawo
Piwo: brak
Catering: brak
Pamiątki: brak
Bilet: brak
Subiektywna ocena: 4/10

23/1819 Motor Lublin – Stal Rzeszów 11.05.2019

Hit sezonu, starcie gigantów, pojedynek hegemonów – to tylko część określeń jakie można było przypisać do meczu mojego Motoru z rzeszowską Stalą. Zapowiadało się gorąco nie tylko na boisku, ale i na trybunach bowiem do Lublina zmierzało blisko 700 kibiców gości wraz ze swoimi zgodami. Pogoda idealna, atmosfera godna przynajmniej zaplecza ekstraklasy – nie pozostało więc nic innego jak delektować się meczem i chłonąć klimat trybun.

Stawka meczu była olbrzymia – Motor musiał wygrać, żeby pozostać w wyścigu o II ligę, gdyby wygrała Stal – marzenia Motoru o awansie ległyby w gruzach. Remis utrzymywał jeszcze gospodarzy przy życiu ale wcale nie ułatwiał sprawy. Było więc jasne, że od pierwszej minuty walka będzie zacięta i tak też się stało.

Na trybunach nie było inaczej. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem zaczął się festiwal uprzejmości obu ekip wymieszany z dopingowaniem swojej drużyny. Żaden z sektorów nie ucichł choćby na ćwierć minuty dzięki czemu mogliśmy poznać i porównać potencjał wokalny Lublinian i Rzeszowian. Z oczywistych względów to gospodarze wykręcali więcej decybeli ale i Stal z przyjaciółmi pokazali się z nienajgorszej strony.

Pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem, który jak wspomniałem niewiele dawał obu zespołom. W 59. minucie na prowadzenie wyszli gospodarze i w miarę upływu minut wydawało się, że “dowiozą” jednobramkową zaliczkę jednak na siedem minut przed końcem spotkania Stal wyrównała z rzutu karnego. Podział punktów stał się faktem i sprawa awansu była wciąż otwarta (w grze było jeszcze Podhale Nowy Targ – swoją drogą rewelacja sezonu).

Wróćmy na chwilę na trybuny, bo tam działo się nawet więcej niż na boisku. W drugiej połowie gospodarze zaprezentowali oprawę okraszoną niezłą ilością pirotechniki, a na sam koniec wywiązało się drobne zamieszanie z ochroną i atmosfera mocno się zagrzała. W ostatecznym rozrachunku do niczego większego nie doszło ale po raz pierwszy było mi dane wychodzić z Areny w szpalerze utworzonym z milicjantów. ACAB.

Meczycho przez wielkie “M”. I mimo że skończyło się na jednym punkcie, to bawiłem się świetnie i chciałbym tylko takich meczów na lubelskiej arenie. Szkoda, że kolejny sezon spędzimy w tej buraczanej lidze i dalej trzeba będzie się szarpać o punkty z Wólkami Pełkińskimi czy innymi wynalazkami, ale chyba już się przyzwyczaiłem do takiego stanu rzeczy. 🙂 TYLKO MOTOR!

Data: 11.05.2019
Mecz: Motor Lublin – Stal Rzeszów
Rozgrywki: III liga, grupa IV
Widzów: 4190 (gości: 670)
Pirotechnika: gospodarze zaprezentowali
Doping: co najmniej pierwszoligowy poziom
Piwo: tradycyjnie niskoprocentowa Perła (5 zł)
Catering: podstawowy (hot-dog, popcorn, BIGOS)
Pamiątki: tym razem brak
Bilet: mój 12 zł
Subiektywna ocena: 8/10