06/2021 Śląsk II Wrocław – Motor Lublin 30.09.2020

Uwaga – wpis będzie nieobiektywny – byłem jedną ze “stron” tego wydarzenia. 🙂

“Miała matka syna, syna jedynego…” niosło się gromko ostatniego dnia września nad Wrocławiem. Tych synów w mojej kolejnej kibicowskiej przygodzie uczestniczyło niespełna tysiąc, a mowa o meczu rezerw Śląska Wrocław z Motorem Lublin, czyli spotkaniu drużyn, których kibice przyjaźnią się od ponad już trzydziestu lat.

I pod tym kątem planowałem swój wyjazd do Wrocławia. Duch Futbolniętego niemal w całości pozostał tego dnia w Pruszkowie, do stolicy Dolnego Śląska wybrał się natomiast alter ego, czyli Łukasz, kibic Motoru od dwudziestu już lat.

Nie chciałem jednak całkowicie pomijać tutaj tej przygody, gdyż atmosfera i zabawa na trybunach była przednia. Nie chcąc zdradzać wszystkiego, pominę więc kilka ciekawych scen, które wydarzyły się tego dnia przy Oporowskiej, skupię się jedynie na tym, co w większości można znaleźć w szeroko pojętych mediach.

Kluczową informacją w całej tej historii jest fakt, że mecz zaplanowano… na środę… na 12:00… Nie chcę dociekać, kto i z czym się na łby pozamieniał planując TAKI mecz o TAKIEJ godzinie, prawdą jest jednak, że jeśli chodziło o jak najmniejszą widownię to – że tak powiem – nie pykło.

Ja jednak byłem prawdopodobnie jedyną osobą, której ta godzinowa fanaberia odpowiadała, bo na spokojnie mogłem odstawić rano dziecię do żłoba, wsiąść w samochód i przejechać ponad 300 kilometrową podróż bez większego stresu o ewentualne spóźnienie. A po meczu na spokojnie – jeszcze przed zachodem słońca wrócić do domu, nie włócząc się po całej Polsce przez całą noc, jak przy mojej ostatniej wizycie we Wrocławiu.

Założyłem sobie, że na Oporowskiej zamelduję się pół godziny przed pierwszym gwizdkiem, realia były jednak takie, że przez nikogo niepokojony leciałem sobie niemalże pustą trasą 150-160 km/h i do celu dotarłem blisko godzinę wcześniej. Chwilkę się pokręciłem, zbiłem parę piątek z kilkoma znajomymi kibicami z Lublina i razem z resztą braci zasiedliśmy na krytej trybunie legendarnego obiektu Śląska.

A tam to już melanż pełną gębą, kilogramy pirotechniki, doping całkiem przyzwoity, biorąc pod uwagę że część kibiców z Lublina biesiadowało we “Wrocku” już minionego dnia… I w tym wszystkim ja – tak bardzo żałujący, że byłem autem… 🙂

Nie będę ukrywał, że nieszczególnie wiem, co działo się na boisku. Jedyne, co wychwyciłem to kolejny remis “po jeden” lubelskich gladiatorów plus zasłyszałem, że znowu ciężko było oglądać tę padlinę. Nie wiem, nie oceniam, ciężko skupić się na przebiegu spotkania będąc albo pod sektorówką, albo operując “machajką”, albo być spowitym dymem z rac. Niczego nie żałuję. 🙂

Z mojej perspektywy w tym pojedynku pod kątem wydarzeń okołomeczowych było wszystko, włącznie z plecakiem pełnym fantów, a największą wartością dodaną całej operacji jest fakt, że ten – niekoniecznie najbliższy – wyjazd zajął mi łącznie dziesięć godzin.

Żeby nie było tak słodko – po ostatnim gwizdku pokazówkę musiała urządzić sobie miejscowa milicja, która zrobiła selekcję wśród wychodzących widzów. Kobiety, seniorzy i ojcowie z dziećmi mogli spokojnie opuścić obiekt, cała reszta była legitymowana jako osoby potencjalnie biorące udział w przestępczym procederze używania pirotechniki. A że nie załapałem się do wyżej wymienionych grup uprzywilejowanych, mogę się spodziewać jakiegoś wezwanka na komendę w charakterze świadka i będzie mnie czekać kolejna wycieczka do Wrocka. 🙂

Byleby tego dnia rozgrywały się w pobliżu jakieś mecze. 🙂

OD LAT WIELU AŻ DO ŚWIATA KOŃCA – WŁADCY WSCHODU I DOLNEGO ŚLĄSKA! AUUUU!

P.S. Galerii nie będzie, to nie był czas i miejsce na paradowanie ze smartfonem. 🙂

P.S. #2: częściowym sponsorem mojej wycieczki był program lojalnościowy PayBack, tyle punktów nakisiłem przez ostatnie miesiące, że “za darmo” zatankowałem pełen bak paliwa który to wystarczył na prawie całą operację meczową. 🙂

Data i miejsce: 30.09.2020 Wrocław (Oporowska)
Mecz: Śląsk II Wrocław – Motor Lublin
Rozgrywki: II liga
Widzów: podobno 698, po mojemu nieco więcej, bliżej czterech cyfr
Doping: i to jaki!
Pirotechnika: dużo 🙂
Piwo: niekończące się ilości
Catering: grill na przyzwoitym poziomie, dla mnie bezpłatnie “Motor nie płaci” 🙂
Pamiątki: trochę w sektorze, trochę w przystadionowym fanshopie
Bilet: 10 PLN
Subiektywna ocena: 9/10

05/2021 Skra Częstochowa – Motor Lublin 19.09.2020

Coraz częściej mnie widać ostatnio w Częstochowie. 🙂 Nie jest to dziełem wielkiego przypadku, wszak – jak już chyba wspominałem – pod Jasną Górą zamieszkuje rodzina mojej małżonki, a jeśli dodamy do tego fakt, że miejscowa Skra podejmowała na swoim obiekcie lubelski Motor… To nie mogło mnie zabraknąć na Lorecie, jak pieszczotliwie mówi się o “kompaktowym” stadionie drugiej piłkarskiej siły w Częstochowie.

Po raz pierwszy uznałem, że mój projekt Futbolnięty zaczyna zmierzać w jakimś konkretnym kierunku, dlatego złożyłem wniosek o przyznanie akredytacji dla mediów, aby mieć odrobinę większe możliwości poznania wizytowanego przeze mnie klubu. Na 48 godzin przed pierwszym gwizdkiem z uwagi na brak reakcji ze strony Skry przezornie zakupiłem jeszcze wejściówkę przez internet, a niewiele później otrzymałem informację o przyznaniu akredytacji… W związku z czym formalnie byłem na meczu podwójnie, prawie jak na położonym nieopodal stadionie Stradomia, gdzie kupując kilka tygodni temu trzy “cegiełki” byłem liczony do frekwencji jako trzy osoby. 🙂 Sumując – zasiliłem klubową kasę kwotą dwunastu złotych i nie skorzystałem z zakupionego biletu – nie ma za co. 🙂

Na “kieszonkowy” stadion Skry dotarłem pół godziny przed pierwszym gwizdkiem. Blisko dwukilometrową drogę z centrum Częstochowy, gdzie miałem “bazę noclegową” przebyłem w nieco ponad dwadzieścia minut, umilając sobie spacer poziomkową “setunią”. Przed obiektem pokaz siły postanowiła zaprezentować miejscowa policja, która mając w posiadaniu patrole konne, sporo jednostek zmechanizowanych i jeszcze więcej piechoty spodziewała się chyba niezliczonych ilości kiboli z Lublina. Lekko się przeliczyli, bowiem zjawiłem się chyba tylko ja, nie dość że incognito to jeszcze “służbowo”, także “panowie władza” wynudzili się przez dziewięćdziesiąt minut po wsze czasy.

Wejście na “Stolzle Stadion” – jak oficjalnie nazywa się arena Skry – bez zbędnych przygód. Po sprawdzeniu przez przemiłego pana ochroniarza, czy jestem na liście uprawionych do wejścia na sektor “Media – VIP” uchylono mi bramę do tego lokalnego raju i przez nikogo niepokojony mogłem już zażywać piłkarskiego widowiska przez kolejne dwie godziny.

Słowo jeszcze o obiekcie – celowo używałem powyżej przymiotników typu “kompaktowy” czy “kieszonkowy”, bowiem Loreta ma pojemność niespełna tysiąca widzów, z czego trybuny głównej z przeciwnej strony boiska prawie nie widać, raptem dwa lub trzy rzędy miejsc które sprawiają wrażenie boiska treningowego. Ma to jednak swój urok, ja osobiście bardzo lubię takie “kwiatki” na centralnym poziomie rozgrywkowym, niemniej jednak fanom piłki “z pompą” nie polecam. 🙂

Całości dopełnia sztuczna murawa, której sami aktorzy główni zawodów raczej nie lubią, ale grać trzeba. I pograli całkiem przyjemnie dla oka, użyję tu wspomianego już wcześniej frazesu, że obie drużyny “chciały grać w piłkę”. Pierwsza połowa stała pod znakiem lekkiej dominacji miejscowych, Motor poza jedną konkretną sytuacją w postaci obitego słupka po strzale Świderskiego w zasadzie nie zagroził Częstochowianom. Druga połowa to już blitzkrieg drużyny Motoru, przez ostatnie pół godziny meczu ciężko mi było przypomnieć sobie ofensywę Skry na połowie Lublinian. Jedyną możliwością przechylenia szali na swoją korzyść Skra miała już w doliczonym czasie gry, a wszystko to działo się po drugiej żółtej kartce Marcina Michoty, piłkarza Motoru. “Trenerze, przepraszam, nie miałem wyjścia” rzekł obrońca Motoru po zejściu z murawy do trenera Hajdy, co było bardzo wymowne.

Kończąc aspekt stricte sportowy – ciężko stwierdzić, dla kogo ten remis był stratą punktów. Obie drużyny pokazały swoje dwa oblicza, szczególnie Motor pokazał, że po raz kolejny na drugą połowę wybiega zupełnie inna drużyna. Skra gra kolektywem – próżno szukać w jej kadrze nazwisk znanych przeciętynym zjadaczom chleba, mimo to stanowią zgraną, spójną drużynę z pomysłem na grę. Piłkarze Motoru natomiast strasznie elektryczni, i nie ma co ukrywać że “nazwiska”, po których oczekuje się najwięcej kolokwialnie mówiąc “dają dupy”. Nie chcę przywoływać nazwisk, bo kto widział wszystkie mecze bieżącego sezonu ten wie, o kim mowa, pozostaje liczyć jednak że lada moment to wszystko się zazębi i lubliniane zaczną grać na miarę swoich możliwości – a te są spore.

A teraz czas na to, co Futbolnięty lubi najbardziej, czyli otoczka meczowa. Pandemiczne realia niestety dają się we znaki, co poskutkowało znikomą ilością dodatkowych wrażeń. Próżno było szukać jakiegokolwiek cateringu, chętnie bym się dowiedział czy to norma, czy tylko kowidowa przywara, nie sposób było też znaleźć jakiegokolwiek źródła zakupu nawet najmniejszej pamiątki klubowej… A jak wracam z “roboty” bez nowego szalika, to jestem zły. W przerwie meczu pytałem miejscowych oficjeli, czy istnieje jakakolwiek możliwość nabycia czegokolwiek, to jeden z Panów uciął temat krótko, że “nie”, drugi zaś, że może będzie taka możliwość, ale może w październiku, i jak coś to tylko przez internet, bo wirus… Są jednak obiekty w Polsce, gdzie pandemia nie przeszkadza ani w cateringu, ani w sprzedaży pamiątek… Byłem gotów zostawić kilkadziesiąt dodatkowych złotych w klubowej kasie, niestety nie było mi to dane.

A już najsmutniejszym momentem był fakt, kiedy dowiedziałem się, że muszę zwrócić przy wyjściu otrzymaną smyczkę z akredytacją, w związku z czym poza dokumentacją fotograficzną (na tzw. “dniach” dostępną na fejsbukowym fanpejdżu) wracałem z meczu “na pusto”.

Rzecz jeszcze o kibicach, bo mimo mizernej frekwencji, która na Lorecie jest normą odnotowałem zalążek fanatyzmu. W centralnym punkcie trybuny wprawne oko mogło dostrzec grupkę osób z dwiema flagami, niemniej jednak całość została dopełniona jedynie jednym okrzykiem tuż po rozpoczęciu meczu… Więc na tym polu też mizeria.

Z tego miejsca pragnę podziękować klubowi za przyznanie akredytacji, niemniej jednak nie odnotowałem z tego tytułu jakiegokolwiek profitu, szczególnie że równolegle i tak zapłaciłem 12 zł za niewykorzystany bilet. Realia są, jakie są, spodziewałem się jednak czegoś więcej, a żeby było śmieszniej to umiejscowienie sektora MEDIA – VIP dysponuje znacznie gorszą widocznością niż większość miejsc na ogólnodostępnej trybunie. Chciałoby się rzecz, że nie polecam… Ale zobaczymy, czy faktycznie w październiku będzie możliwość nabycia drobnych pamiątek, wtedy zweryfikuję moją ocenę.

Tymczasem projekt “Rumunia 2020” wkracza w decydującą fazę, ale o szczegółach dowiecie się na fejsbukowym fanpejdżu. 🙂

Data i miejsce: 19.09.2020 Częstochowa
Mecz: Skra Częstochowa – Motor Lublin
Rozgrywki: II liga
Widzów: jeszcze nie podano oficjalnie, ale po mojemu około 200-300 osób
Doping: symboliczny (jeden okrzyk kilku osób po rozpoczęciu meczu)
Pirotechnika: brak
Piwo: nie wykryto
Catering: jak wyżej
Pamiątki: niestety…
Bilet: akredytacja, poza tym 12 PLN bez zniżek
Subiektywna ocena: 5/10

28/1920 Legionovia Legionowo – Motor Lublin 08.02.2020

Trochę człowieka świerzbi siedzenie na przysłowiowej dupie w okresie zimowym, dlatego z utęsknieniem czekałem na luty i powrót jakiegokolwiek grania w naszej rodzimej piłce. Okazja na przebudzenie z zimowego snu do lokalnej, piłkarskiej rzeczywistości była zatem najlepsza z możliwych, bo do oddalonego ode mnie o 40 kilometrów Legionowa na testmecz przyjeżdżał mój lubelski Motor.

Z meczami sparingowymi mam dość spory problem, bo przeważnie brakuje w nich emocji, a dominuje chaos i z pozoru bezsensowne półtorej godziny klepania piłki. Zawsze też, ale powtarzam – ZAWSZE – te towarzyskie, zimowe pojedynki kończą się u mnie zmarzniętymi do granic możliwości stopami, ile bym warstw skarpecianych nie założył. I nie ma znaczenia, czy jest pięć stopni na plusie, czy dwadzieścia na minusie (a tego też doświadczyłem). Nie inaczej było tym razem, ale… no taka branża. 🙂

Dzisiejszy dzień meczowy powitał mnie pełnym słońcem, co pozwalało sądzić, że temperatura będzie dodatnia, a to już dużo. Punkt południe zapakowałem się do Futbolniętowoza i ruszyłem w kierunku Legionowa. Z pozoru godzina zapasu powinna wystarczyć na sprawne dotarcie z Pruszkowa do Legionowa, w praktyce jednak na osławionym już stołecznym odcinku trasy S8 trafiłem na poważny wypadek (dzień jak codzień). Zachodziło spore ryzyko spóźnienia, jednak przy pomocy doświadczenia w poruszaniu się po stolicy sprytnie objechałem utrudnienia i jeszcze przed czasem zameldowałem się w Legionowie. Co się okazało – mikropanika odnośnie spóźnienia okazała się bezzasadna, bowiem mecz rozpoczął się z 15-minutowym opóźnieniem. 🙂

Zawody rozegrano – jak można było przypuszczać – na bocznym boisku, które łatwiej było znaleźć niż sam właściwy obiekt. Nie kryjąc się przesadnie z barwami klubowymi (a miałem na sobie bluzę Motoru, jednak bez widocznych emblematów) znalazłem sobie miejsce tuż przy ławce rezerwowych lubelskiej drużyny, co pozwoliło mi odkryć kilka smaczków z “szatni” Motoru i poznać niektórych zawodników z zupełnie innej strony (szczególnie mówię tu o Rafale Grodzickim, in plus).

O samym meczu od strony sportowej nie bardzo jest co pisać, co potwierdziło moje przypuszczenia i przekonania co do widowiskowości tego typu zawodów. Obie drużyny “dały sobie po razie”, przy czym goście wyrównali w ostatnich sekundach gry, a jedynym gorętszym momentem spotkania była awantura, jaka rozegrała się po faulu jednego z piłkarzy Motoru. Precyzując zajście – jeden z lubelskich piłkarzy faulował zawodnika Legionovii, ten przesadnie się zagotował i poleciały jakieś teksty w stylu “zaraz Ci zajebię”, usłyszał to inny z Motorowców i się zaczęło. W sekundę około dwudziestu chłopa ruszyło w swoim kierunku a wszystko działo się tak szybko, że ciężko było uchwycić kto odpychał, kto rozdzielał i tak dalej. Sytuacja na szczęście uspokoiła się po nieco ponad minucie, sędzia zapytał trenera Hajdę czy jest w stanie uspokoić “ósemkę” i gra została wznowiona.

Więcej grzechów nie pamiętam. Gdyby to był mecz drużyn, które w komplecie nie wzbudzają we mnie żadnych emocji to pewnie bym żałował tych trzech godzin poświęconych na mecz plus dojazd. A tak… no powiedzmy, że brałem udział w gorszych piłkarskich wydarzeniach. 🙂 Kolejne przygody – mam nadzieję – będą już o punkty, a z racji charakteru dzisiejszego pojedynku pozostawiam wpis bez ocen.

26/1920 KSZO Ostrowiec Św. – Motor Lublin 09.11.2019

Danie głównie świętokrzyskiej soboty. Mecz dwóch drużyn, które śmiało można nazwać “firmami”, pomimo zaledwie czwartego poziomu rozgrywkowego. Gospodarze, czyli KSZO Ostrowiec Świętokrzyski na przełomie wieków był stałym bywalcem rodzimej ekstraklasy, natomiast Motor Lublin, czyli goście dzisiejszego spotkania nieco dłużej “odpoczywają” od naszej najwyższej ligi, ale za to jej zaplecze to historia sprzed ledwie dziesięciu lat. Oba kluby to również spore ośrodki kibicowskie, dlatego wiedząc, że na meczu pojawią się fani z Lublina można było liczyć na ciekawe spotkanie tak na boisku, jak i na trybunach.

Mecz miał rozpocząć się o godzinie 16:00, jednak zapobiegawczo pojawiłem się przed ostrowieckim stadionem godzinę wcześniej. Szybki rekonesans okolicy, bezproblemowy zakup biletu (halo Znicz, mam w dowodzie lubelski adres i bez żadnego “ale” kupiłem bilet!) i pół godziny przed pierwszym gwizdkiem spacerowałem sobie już po obiekcie w oczekiwaniu na pierwszy gwizdek.

Nie było czuć atmosfery jakiegoś wielkiego święta. Ot, zwykły mecz klubu, który przeżywa ciężkie czasy sportowe, co dało się odczuć na każdym kroku. Trener gospodarzy, były reprezentant Polski – Sławomir Majak – miał chyba poukładać co nieco sportowe puzzle w klubie, niemniej jednak efektu póki co nie widać, a i głosy na trybunach świadczyły, że nie traktuje się tutaj trenera jako magika czy cudotwórcę.

Można by rzec, że to sytuacja tożsama z tą w drużynie gości, bo w Motorze też “nie jest kolorowo”. Różnica jest jednak taka, że mimo kiepskiego stylu i kilku kompromitujących rezultatach lublinianie jako tako punktują, czego nie można powiedzieć o KSZO. Wszystko to miało sprawić, że mecz będzie ciekawy, obfitujący w walkę, przysłowiowe “gryzienie trawy” i sportową ambicję na najwyższym poziomie. I może nie do końca tak było, ale jednak dało się to oglądać, obie strony miały swoje sytuacje, przy czym koniec końców o jedną bramkę lepsi okazali się Motorowcy. Warto odnotować jeszcze fakt, że gospodarze w osobie Marcina Kaczmarka (39 lat na karku, 221 spotkań w ekstraklasie i jeszcze mu się “chce”) przestrzelili karnego, a dodając do tego kilka świetnych sytuacji całej drużyny KSZO może czuć wielki niedosyt. No ale… liczy się to, co w sieci, 1:0 dla Motoru i trzy punkty jadą do Lublina.

Trybuny. Frekwencja tego dnia wyniosła 1000 osób. Ciężko mi ocenić, czy to dużo, czy mało, nie znając wszelkich lokalnych okoliczności. Uznajmy więc, że jak na czwartą ligę i kilkudziesięciotysięczne miasto tragedii nie ma, znam gorsze przypadki z własnego podwórka. 🙂 Goście dotarli pod stadion w okolicach pierwszego gwizdka, doping jednak zaczęli prowadzić sporo później, w momencie jak już cała ekipa znalazła się na sektorze. Liczbowo Motor około 170 osób, młyn gospodarzy albo podobnie, albo nieco mniej, zaś wokalnie z mojego “punktu siedzenia” na remis. Obyło się bez wzajemnych uprzejmości, obie ekipy skupiły się na dopingowaniu swoich drużyn, ja natomiast po raz kolejny musiałem się mocno napracować, żeby nie ujawnić swojego “pochodzenia”, szczególnie po bramce dającej zwycięstwo. 🙂

Stadion. Swego czasu jeden z najnowocześniejszych obiektów w Polsce, warto przypomnieć jednak, że były to czasy przed stadionowym boom na Euro 2012. Infrastrukturalna posucha z początku XXI wieku doprowadziła do tego, że Ostrowiec gościł pierwszą reprezentację Polski trzykrotnie, w tym raz o punkty. Zaraz potem jednak stadionu na miarę zachodu doczekały się Kielce, a potem to już ruszyła maszyna w całej Polsce… Niemniej jednak ostrowiecki obiekt wciąż wygląda nieźle, szczególnie jak na czwarty poziom rozgrywkowy.

Podstawowe potrzeby. Na początku pierwszej połowy przy wejściu rozstawił się niewielki “stragan” z pamiątkami, który to ogarniali kibice KSZO, wybór pamiątek jednak mocno ograniczony, większość suwenirów typowo dla “kumatych”, i nie miałbym z tym problemu, gdyby była do kupienia chociaż jedna sztuka jakiegokolwiek szala. Zdecydowanie lepiej było natomiast od strony gastronomicznej, którą również ogarniali kibice, a w menu była tradycyjna gięta z grilla elektrycznego, piwo z nalewaka (PERŁA 🙂 ) i jakieś inne napoje “dla kierowców”. Piwko 6 zł, dla kilku osób okazało się że po 5 zł bo powstał między obsługą drobny konflikt co do ceny, ostatecznie jednak oficjalna cena to “szóstak”. Kiełbaska z grilla taka średnia z plusem, średnia smakowo i wagowo, plus za cenę bo 7 zł to jednak w porównaniu do większości aren w Polsce cena mocno promocyjna. W tym przypadku jednak adekwatna do produktu…

Sumując. Mecz bliski kompletnemu. Na boisku coś tam się działo, trzy punkty jadą do Lublina, co cieszy mnie podwójnie, obie ekipy z dopingiem, szkoda że bez pirotechniki czy innych ultraatrakcji. Potrzeby okołomeczowe również częściowo zaspokojone, dlatego nie powiem, że do Ostrowca warto wybrać się za wszelką cenę ale rekomenduję – Futbolnięty. 😛

Data: 09.11.2019
Mecz: KSZO Ostrowiec Św. – Motor Lublin
Rozgrywki: III liga, grupa IV
Widzów: 1000 (gości: 170)
Pirotechnika: brak
Doping: obustronny
Piwo: Perła 6 zł
Catering: gięta 7 zł
Pamiątki: dla wybranych, ale dostępne
Bilet: 10 zł normalny
Subiektywna ocena: 8/10

04/1920 Motor Lublin – Orlęta Radzyń Podl. 18.08.2019

Gdy wyjazdowe emocje z poprzedniego wpisu już opadły, przyszło mi “napocząć” nowy sezon na lubelskiej Arenie, gdzie trzy dni później Motor miał podejmować w pierwszym domowym meczu nowego sezonu Orlęta Radzyń Podlaski. Korzystając z faktu, że mogliśmy zostawić syna pod opieką babci, na mecz wybrałem się z małżonką, co nie zdarza się zbyt często. 🙂

Oczekiwania sportowe były spore. Po kompromitującej porażce w Kraśniku i niezasłużonym remisie w Chełmie wygrana tego dnia była wymagana, aby spojrzeć przez jakikolwiek pozytywny pryzmat na nowy sezon. Jakoś tak niemrawo zaczęło być jeszcze przed przejściem przez kołowroty, bo wkoło Areny na 20 minut przed pierwszym gwizdkiem sędziego było jakoś tak… pusto. Jak się potem okazało, tego dnia trzecie z rzędu wojewódzkie derby obejrzało niewiele ponad 2000 widzów, co jak na tutejsze standardy jest śmiesznie niską wartością, natomiast biorąc pod uwagę resztę ligi to wciąż hegemonia.

Nie sposób pominąć całokształtu wyczynów piłkarzy z Lublina. Jedenastka, która wystąpiła tego dnia miała w sumie w CV 848 rozegranych meczów na poziomie ekstraklasy, na co złożyły się występy Tomka Brzyskiego, Grzegorza Bonina, Rafała Grodzickiego i Adriana Olszewskiego. Sam ten fakt powinien w każdym kolejnym meczu stawiać Motor za faworyta, realia jednak są takie, że sama mieszanka doświadczenia ze świeżą krwią to jeszcze nie gwarant sukcesu – nawet na czwartym poziomie rozgrywkowym. Bezbramkowy remis tego dnia został potraktowany jak porażka – szczególnie, że Orlęta to co roku drużyna na co najwyżej środek tabeli. Żenującego rezultatu końcowego nie zamaże nawet fakt, że Motorowcy wykonali jakieś kilka tysięcy dośrodkowań czy to z gry, czy ze stałych fragmentów, byli stroną absolutnie dominującą zaś gospodarze stworzyli sobie najwyżej dwie jako takie okazje. Remis poszedł w świat.

Osobny akapit chciałbym poświęcić Rafałowi Grodzickiemu, lat 35, 270 występów i 9 goli na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Tak w Chełmie, jak i w Lublinie z Orlętami występ “legendy” Ruchu czy Śląska oceniam na 2/10. Nie mam pojęcia, dlaczego człowiek z takim doświadczeniem jest tak elektryczny w pastwiskowej lidze ale serio – ciężko się to oglądało po raz drugi. Aż ciśnie się na usta cytat z trenera Cecherza – “był ku*wa słaby”.

Na trybunach – jak już wspomniałem – frekwencja mizerna. Być może było to spowodowane długim weekendem, być może miały na to wpływ inne czynniki, roztrząsać nie będę. Młyn Motoru tego dnia nie prezentował zbyt wielkiego poziomu wokalnego, repertuar był klasyczny, oprawy czy pirotechniki absolutny brak. Pod koniec pierwszej połowy do sektora gości dotarła wycieczka z Radzynia w sile około 60-ciu osób z dwiema flagami, co stanowiło jakąś atrakcję w tym “smutnym jak pi*da” dniu na lubelskiej Arenie.

Aktywność gastronomiczną ograniczyłem do jednego piwka z nalewaka, posiłków jako takich tego dnia nie testowałem ale jestem niemalże pewien, że na lubelskiej Arenie pod tym kątem nie zmieniło się absolutnie nic względem zeszłego sezonu. Mecz do zapomnienia.

Data: 18.08.2019
Mecz: Motor Lublin – Orlęta Radzyń Podlaski
Rozgrywki: III liga, grupa IV
Widzów: 2100 (gości: 60)
Pirotechnika: brak
Doping: obustronny, na słabym poziomie
Piwo: Perła 5 zł
Catering: raczej standard
Pamiątki: kibicowski sklepik dostępny pod jedną z trybun
Bilet: 10 zł w przedsprzedaży
Subiektywna ocena: 4/10

03/1920 Chełmianka Chełm – Motor Lublin 15.08.2019

Jeśli dobrze liczę, to dokładnie 14 lat minęło od ostatniego mojego pobytu w “klatce” na wyjeździe Motoru. W tak zwanym międzyczasie, po emigracji do stolicy zdarzyło mi się kilkukrotnie zobaczyć na żywo moją drużynę wizytującą stołeczne i okołostołeczne boiska, niemniej jednak na pełnoprawnym kibicowskim szlaku ostatni raz byłem zanim jeszcze osiągnąłem pełnoletność. Smutne, lecz prawdziwe.

Dość intensywne życie zawodowe połączone z pojawieniem się nieco ponad rok temu latorośli i wspomnianą emigracją odcisnęły spore piętno na mojej fanatycznej relacji z Motorem. Pomimo zaledwie dwustu kilometrów od rodzinnego miasta ciężko jest kursować co tydzień czy dwa na ten mój dziki wschód, ale dość tłumaczeń i banałów, przejdźmy do odnotowanego faktu. 🙂

Korzystając z wolnego długiego weekendu i faktu, że Chełm to rodzinne miasto małżonki postawiłem sobie za punkt honoru wybrać się na pojedynek miejscowej Chełmianki z Motorem w ramach drugiej kolejki sezonu 19/20 buraczanej trzeciej ligi. Święto, pogoda idealna, bez problemu udało się wejść do klatki i dopingować piłkarzy z perspektywy sektora gości w towarzystwie blisko ćwierć tysiąca braci po szalu. Pomimo ślamazarnej pracy służb porządkowych obsługujących listę wyjazdową i wpuszczających na sektor, wraz z pierwszym gwizdkiem byliśmy już niemal w komplecie otoczeni kratą, do czego tak mi, jak i innym wciąż ciężko się przyzwyczaić. O rozpadzie naszej długiej przyjaźni z Chełmianką można poczytać bez problemu w internetach, dlatego nie będę tutaj powielał informacji dostępnych na wyciągnięcie ręki.

Jak już wspomniałem, w naszym sektorze zasiadło tego dnia niecałe ćwierć tysiąca fanatyków. Doping na średnim poziomie z kilkoma przerwami, ale mimo tego wciąż byliśmy stroną dominującą tak wokalnie, jak i liczebnie nad gospodarzami, których kibicowski kryzys dosięgnął już jakiś czas temu i nie chce wypuścić. A nasz szczelnie oflagowany sektor mniej lub bardziej tętnił życiem, ale i tak poczułem ten sentymentalny wyjazdowy klimat.

Z piłkarskiego punktu widzenia – powinniśmy zjeść przysłowiową dupą gospodarzy, tymczasem po żenującym wyniku w pierwszej kolejce tym razem wywieźliśmy jeden punkt, co biorąc pod uwagę możliwości kadrowe, jak i organizacyjne jest kompletną porażką. Teoretycznie można to tłumaczyć kolejną, nie wiem już którą rewolucją kadrową na przestrzeni ostatnich lat, w praktyce jednak mimo tych wszystkich zawirowań powinniśmy zjadać każdego kolejnego rywala, radośnie bekając po następnym kęsie.

Ciężko jest być kibicem Motoru, ale po blisko dwudziestu latach trwania w tej fanatycznej bańce do wszystkiego można się było przyzwyczaić. Dlatego wciąż wierzę, że przyjdą te “lepsze czasy” i powróci Motor “w szeregi ekstraklasy”. A co do wyjazdowej zajawki, mam pewien kolejny plan na najbliższą przyszłość, ale póki co nie zdradzę szczegółów. 🙂

Data: 15.08.2019
Mecz: Chełmianka Chełm – Motor Lublin
Rozgrywki: III liga, grupa IV
Widzów: 800 (gości: 240)
Pirotechnika: brak
Doping: obustronny
Piwo: brak
Catering: brak
Pamiątki: brak
Bilet: goście 15 zł
Subiektywna ocena: 5/10

23/1819 Motor Lublin – Stal Rzeszów 11.05.2019

Hit sezonu, starcie gigantów, pojedynek hegemonów – to tylko część określeń jakie można było przypisać do meczu mojego Motoru z rzeszowską Stalą. Zapowiadało się gorąco nie tylko na boisku, ale i na trybunach bowiem do Lublina zmierzało blisko 700 kibiców gości wraz ze swoimi zgodami. Pogoda idealna, atmosfera godna przynajmniej zaplecza ekstraklasy – nie pozostało więc nic innego jak delektować się meczem i chłonąć klimat trybun.

Stawka meczu była olbrzymia – Motor musiał wygrać, żeby pozostać w wyścigu o II ligę, gdyby wygrała Stal – marzenia Motoru o awansie ległyby w gruzach. Remis utrzymywał jeszcze gospodarzy przy życiu ale wcale nie ułatwiał sprawy. Było więc jasne, że od pierwszej minuty walka będzie zacięta i tak też się stało.

Na trybunach nie było inaczej. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem zaczął się festiwal uprzejmości obu ekip wymieszany z dopingowaniem swojej drużyny. Żaden z sektorów nie ucichł choćby na ćwierć minuty dzięki czemu mogliśmy poznać i porównać potencjał wokalny Lublinian i Rzeszowian. Z oczywistych względów to gospodarze wykręcali więcej decybeli ale i Stal z przyjaciółmi pokazali się z nienajgorszej strony.

Pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem, który jak wspomniałem niewiele dawał obu zespołom. W 59. minucie na prowadzenie wyszli gospodarze i w miarę upływu minut wydawało się, że “dowiozą” jednobramkową zaliczkę jednak na siedem minut przed końcem spotkania Stal wyrównała z rzutu karnego. Podział punktów stał się faktem i sprawa awansu była wciąż otwarta (w grze było jeszcze Podhale Nowy Targ – swoją drogą rewelacja sezonu).

Wróćmy na chwilę na trybuny, bo tam działo się nawet więcej niż na boisku. W drugiej połowie gospodarze zaprezentowali oprawę okraszoną niezłą ilością pirotechniki, a na sam koniec wywiązało się drobne zamieszanie z ochroną i atmosfera mocno się zagrzała. W ostatecznym rozrachunku do niczego większego nie doszło ale po raz pierwszy było mi dane wychodzić z Areny w szpalerze utworzonym z milicjantów. ACAB.

Meczycho przez wielkie “M”. I mimo że skończyło się na jednym punkcie, to bawiłem się świetnie i chciałbym tylko takich meczów na lubelskiej arenie. Szkoda, że kolejny sezon spędzimy w tej buraczanej lidze i dalej trzeba będzie się szarpać o punkty z Wólkami Pełkińskimi czy innymi wynalazkami, ale chyba już się przyzwyczaiłem do takiego stanu rzeczy. 🙂 TYLKO MOTOR!

Data: 11.05.2019
Mecz: Motor Lublin – Stal Rzeszów
Rozgrywki: III liga, grupa IV
Widzów: 4190 (gości: 670)
Pirotechnika: gospodarze zaprezentowali
Doping: co najmniej pierwszoligowy poziom
Piwo: tradycyjnie niskoprocentowa Perła (5 zł)
Catering: podstawowy (hot-dog, popcorn, BIGOS)
Pamiątki: tym razem brak
Bilet: mój 12 zł
Subiektywna ocena: 8/10

17/1819 Motor Lublin – Hutnik Kraków 20.04.2019

Chronologia zadecydowała, że dopiero dziesiąty wpis na blogu będzie traktował mecz mojego Motoru, na szczęście co się odwlecze, to nie uciecze. Świąteczna wyprawa w rodzinne strony, Wielka Sobota, zero obowiązków więc w spokoju i ogólnej uciesze można było udać się na Arenę Lublin i dopingować gospodarzy w meczu kolejki.

A rywalem był nie byle kto, bo krakowski, a właściwie nowohucki Hutnik, po rundzie jesiennej jeszcze lider tabeli, w dzień meczu jeśli dobrze pamiętam już drużyna z czwartego miejsca ale jeszcze licząca się w walce o awans. Tak to się ułożyło, że przed sezonem grupa czwarta trzeciej ligi obfitowała w kluby z aspiracjami do awansu – była to żelazna piątka czyli Stal Rzeszów, Motor Lublin, Hutnik Kraków, Wisła Puławy i Podhale Nowy Targ. Tak piekielnie mocnej ligi to ja nie pamiętam, serio. Pierwsi z wyścigu odpadli puławianie, po tym meczu dołączył do nich Hutnik, pozostała trójka miała bić się o awans do ostatniej kolejki…

Ale wracając do hitowego pojedynku Motoru z Hutnikiem. Frekwencja trochę ponad 4000 osób, co może robić wrażenie patrząc na poziom rozgrywek, w tym przypadku nieznacznie pomogli goście, którzy przybyli do Lublina w liczbie ćwierć tysiąca. Atmosfera na meczu godna rangi zawodów, czyli takie solidne zaplecze ekstraklasy. Na boisku 2:0 dla Motoru po bramkach Tomka Brzyskiego i Mateusza Majewskiego. Reasumując – kolejny dobry mecz na lubelskiej Arenie, choć tak piłkarzy, jak i kibiców Motoru stać na znacznie więcej. Ale o możliwościach tych drugich przekonamy się jeszcze za kilka wpisów. 🙂

Data: 20.04.2019
Mecz: Motor Lublin – Hutnik Kraków
Rozgrywki: III liga, grupa IV
Widzów: 4123 (gości: 250)
Pirotechnika: tym razem brak
Doping: taki 4/6
Piwo: dostępne na stadionie
Catering: jak wyżej
Pamiątki: dobrze zaopatrzone stoisko kibiców
Bilet: mój 12 zł
Subiektywna ocena: 7/10