04/2021 Avia Świdnik – Podlasie Biała Podlaska 22.08.2020

Przygoda z bohaterem poprzedniego wpisu, czyli Świdnikiem Małym dobiegła końca po pierwszej połowie zawodów, ponieważ w kolejce do wizytacji czekał sąsiedni większy Świdnik, po prostu Świdnik. Pierwsza połowa w Małym zakończyła się kwadrans przed siedemnastą, o pełnej natomiast rozpoczynał się mecz Avii Świdnik z Podlasiem Biała Podlaska, odległość do przemieszczenia to jakieś cztery kilometry, czas operacyjny 15 minut… Nie ma lipy, jak mawia Robert Burneika.

Pogoda niezmiennie rozpieszczała aż z nawiązką, obiekt Avii miał jednak ten atut, że oferował sporo zacienionej powierzchni. Udało się dotrzeć jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, a nawet przed wyjściem piłkarzy obu drużyn na murawę, dlatego wolne kilka chwil poświęciłem na przespacerowaniu się po głównej trybunie, jedynej otwartej tego dnia dla publiki.

Zanim jednak znalazłem się na świdnickiej arenie, spotkała mnie niemiła niespodzianka, którą był wstęp wolny. Żadnych biletów, cegiełek, nic z tych rzeczy, co wprawiło w osłupienie bo przez wiele lat – z tego co ustaliłem – wejście na mecze Avii wiązało się z kosztem i wynikającym z tego pamiątkowym biletem. Dla jednych plus, dla mnie – bileciarza – wielka szkoda.

Fanatyków Avii tego dnia na meczu nie było, nie prowadzili dopingu, nie działo się absolutnie nic. Gdzieś tam kiedyś słyszałem przyśpiewkę, że “Aviunia ekipa widmo”, co tego dnia mocno się potwierdziło. 🙂

Na przeciwległym biegunie byli zaś kibice z Białej Podlaskiej, których w okolicach piętnastej minuty udało mi się dostrzec przy wejściu na sektor gości, a w zasadzie usłyszeć bo gdzieś w oddali zaśpiewano “pozdrowienia do więzienia” i byłem pewien, że nie są to wokalne popisy ekipy z lotniczego miasta. Fani Podlasia w sile około trzydziestu osób nie weszli jednak na obiekt i zawinęli się w drogę powrotną.

Ale dość pastwienia się nad żółto-niebieskimi, przejdźmy do sfery sportowej bo to jedyne, czym tego dnia mógł się pochwalić stadion Avii, swoją drogą bardzo ładny, kameralny i jakby skrojony pod czwarty poziom rozgrywkowy. Tak jak i drużyna, która jest etatowym bywalcem tej klasy ligowej, czyli za słaba na II ligę i zdecydowanie za mocna na rozgrywki “piętro niżej”. W szeregach Avii kilka rozpoznawalnych nazwisk na lokalnym “rynku” w osobach Białka, Szpaka, Oziemczuka czy Sobieszczyka, ale warto skupić się szczególnie na tym pierwszym.

Wojciech Białek, lat już 38 to lokalny obieżyświat, snajper co się zowie i – można by rzec – miejscowa legenda. W Avii łącznie rozegrał osiem sezonów, w trakcie których strzelił grubo ponad sto bramek, a dorobek snajperski mimo słusznego już wieku ciągle rośnie. Chylę czoła.

Tego dnia Pan Wojciech zanotował hat-trick z plusem i minusem. Plus – wyjątkowej urody gol z rzutu wolnego, minus – przestrzelona jedenastka, po której do dziś słyszę dźwięk obitej poprzeczki. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby Białek grał w Bundeslidze, to tego dnia dostałby od Kickera “jedynkę”.

Właściwie to cała drużyna gospodarzy zasługuje na pochwały, wynik końcowy to 6:1 i świetnie się oglądało miejscową, nad wyraz skuteczną drużynę. Podlasie od pierwszych minut nie miało żadnych argumentów, żeby powalczyć tego dnia z Avią i ostateczny rezultat wydaje się być idealnym obrazem tej potyczki. Za sportowe fajerwerki wielki plus dla Avii, i to by było na tyle jeśli chodzi o pochwały.

Na trybunach zatem cisza, żadnych atrakcji okołomeczowych, gdyby nie strzelanina na murawie to byłby to jeden z najgorszych meczów jakich doświadczyłem w całej mojej groundhopperskiej przygodzie.

Z futbolniętego obowiązku – trenerem Avii jest Łukasz Mierzejewski, mistrz Europy U18 z 2001 roku, mający na koncie 225 występów i 13 bramek w Ekstraklasie, mający także epizody w klubach z Grecji i Chorwacji.

Więcej grzechów nie pamiętam. 🙂

Data i miejsce: 22.08.2020 Świdnik
Mecz: Avia Świdnik – Podlasie Biała Podlaska
Rozgrywki: III liga, grupa IV
Widzów: podobno 500, ale według mnie odrobinę mniej
Doping: brak (poza pojedynczymi okrzykami gości w oddali)
Pirotechnika: brak brak
Piwo: brak brak brak
Catering: brak brak brak brak
Pamiątki: braaaaaaak
Bilet: brak…
Subiektywna ocena: 3/10

26/1920 KSZO Ostrowiec Św. – Motor Lublin 09.11.2019

Danie głównie świętokrzyskiej soboty. Mecz dwóch drużyn, które śmiało można nazwać “firmami”, pomimo zaledwie czwartego poziomu rozgrywkowego. Gospodarze, czyli KSZO Ostrowiec Świętokrzyski na przełomie wieków był stałym bywalcem rodzimej ekstraklasy, natomiast Motor Lublin, czyli goście dzisiejszego spotkania nieco dłużej “odpoczywają” od naszej najwyższej ligi, ale za to jej zaplecze to historia sprzed ledwie dziesięciu lat. Oba kluby to również spore ośrodki kibicowskie, dlatego wiedząc, że na meczu pojawią się fani z Lublina można było liczyć na ciekawe spotkanie tak na boisku, jak i na trybunach.

Mecz miał rozpocząć się o godzinie 16:00, jednak zapobiegawczo pojawiłem się przed ostrowieckim stadionem godzinę wcześniej. Szybki rekonesans okolicy, bezproblemowy zakup biletu (halo Znicz, mam w dowodzie lubelski adres i bez żadnego “ale” kupiłem bilet!) i pół godziny przed pierwszym gwizdkiem spacerowałem sobie już po obiekcie w oczekiwaniu na pierwszy gwizdek.

Nie było czuć atmosfery jakiegoś wielkiego święta. Ot, zwykły mecz klubu, który przeżywa ciężkie czasy sportowe, co dało się odczuć na każdym kroku. Trener gospodarzy, były reprezentant Polski – Sławomir Majak – miał chyba poukładać co nieco sportowe puzzle w klubie, niemniej jednak efektu póki co nie widać, a i głosy na trybunach świadczyły, że nie traktuje się tutaj trenera jako magika czy cudotwórcę.

Można by rzec, że to sytuacja tożsama z tą w drużynie gości, bo w Motorze też “nie jest kolorowo”. Różnica jest jednak taka, że mimo kiepskiego stylu i kilku kompromitujących rezultatach lublinianie jako tako punktują, czego nie można powiedzieć o KSZO. Wszystko to miało sprawić, że mecz będzie ciekawy, obfitujący w walkę, przysłowiowe “gryzienie trawy” i sportową ambicję na najwyższym poziomie. I może nie do końca tak było, ale jednak dało się to oglądać, obie strony miały swoje sytuacje, przy czym koniec końców o jedną bramkę lepsi okazali się Motorowcy. Warto odnotować jeszcze fakt, że gospodarze w osobie Marcina Kaczmarka (39 lat na karku, 221 spotkań w ekstraklasie i jeszcze mu się “chce”) przestrzelili karnego, a dodając do tego kilka świetnych sytuacji całej drużyny KSZO może czuć wielki niedosyt. No ale… liczy się to, co w sieci, 1:0 dla Motoru i trzy punkty jadą do Lublina.

Trybuny. Frekwencja tego dnia wyniosła 1000 osób. Ciężko mi ocenić, czy to dużo, czy mało, nie znając wszelkich lokalnych okoliczności. Uznajmy więc, że jak na czwartą ligę i kilkudziesięciotysięczne miasto tragedii nie ma, znam gorsze przypadki z własnego podwórka. 🙂 Goście dotarli pod stadion w okolicach pierwszego gwizdka, doping jednak zaczęli prowadzić sporo później, w momencie jak już cała ekipa znalazła się na sektorze. Liczbowo Motor około 170 osób, młyn gospodarzy albo podobnie, albo nieco mniej, zaś wokalnie z mojego “punktu siedzenia” na remis. Obyło się bez wzajemnych uprzejmości, obie ekipy skupiły się na dopingowaniu swoich drużyn, ja natomiast po raz kolejny musiałem się mocno napracować, żeby nie ujawnić swojego “pochodzenia”, szczególnie po bramce dającej zwycięstwo. 🙂

Stadion. Swego czasu jeden z najnowocześniejszych obiektów w Polsce, warto przypomnieć jednak, że były to czasy przed stadionowym boom na Euro 2012. Infrastrukturalna posucha z początku XXI wieku doprowadziła do tego, że Ostrowiec gościł pierwszą reprezentację Polski trzykrotnie, w tym raz o punkty. Zaraz potem jednak stadionu na miarę zachodu doczekały się Kielce, a potem to już ruszyła maszyna w całej Polsce… Niemniej jednak ostrowiecki obiekt wciąż wygląda nieźle, szczególnie jak na czwarty poziom rozgrywkowy.

Podstawowe potrzeby. Na początku pierwszej połowy przy wejściu rozstawił się niewielki “stragan” z pamiątkami, który to ogarniali kibice KSZO, wybór pamiątek jednak mocno ograniczony, większość suwenirów typowo dla “kumatych”, i nie miałbym z tym problemu, gdyby była do kupienia chociaż jedna sztuka jakiegokolwiek szala. Zdecydowanie lepiej było natomiast od strony gastronomicznej, którą również ogarniali kibice, a w menu była tradycyjna gięta z grilla elektrycznego, piwo z nalewaka (PERŁA 🙂 ) i jakieś inne napoje “dla kierowców”. Piwko 6 zł, dla kilku osób okazało się że po 5 zł bo powstał między obsługą drobny konflikt co do ceny, ostatecznie jednak oficjalna cena to “szóstak”. Kiełbaska z grilla taka średnia z plusem, średnia smakowo i wagowo, plus za cenę bo 7 zł to jednak w porównaniu do większości aren w Polsce cena mocno promocyjna. W tym przypadku jednak adekwatna do produktu…

Sumując. Mecz bliski kompletnemu. Na boisku coś tam się działo, trzy punkty jadą do Lublina, co cieszy mnie podwójnie, obie ekipy z dopingiem, szkoda że bez pirotechniki czy innych ultraatrakcji. Potrzeby okołomeczowe również częściowo zaspokojone, dlatego nie powiem, że do Ostrowca warto wybrać się za wszelką cenę ale rekomenduję – Futbolnięty. 😛

Data: 09.11.2019
Mecz: KSZO Ostrowiec Św. – Motor Lublin
Rozgrywki: III liga, grupa IV
Widzów: 1000 (gości: 170)
Pirotechnika: brak
Doping: obustronny
Piwo: Perła 6 zł
Catering: gięta 7 zł
Pamiątki: dla wybranych, ale dostępne
Bilet: 10 zł normalny
Subiektywna ocena: 8/10

16/1920 Pelikan Łowicz – RKS Radomsko 05.10.2019

Jeśli ktoś zapytałby mnie, z czym kojarzy mi się Łowicz, to odpowiedziałbym że dżemy, łowicki folklor i… Pelikan, na którego to domowy mecz spontanicznie dziś się wybrałem. No, może nie tak zupełnie spontanicznie, ale do rzeczy.

Początek października, czyli warunki pogodowe mogą być już absolutnie każde. I dziś właśnie było poplątanie wszystkiego z niczym, bowiem piękne słońce kontrastowało z temperaturą kilku stopni powyżej zera. Miałem tego dnia kilka godzin z kategorii “tylko dla siebie”, dlatego po dwutygodniowym “wyposzczeniu” ciśnienie na jakiś mecz było ogromne. Wybór dania głównego wahał się pomiędzy Łowiczem i Grójcem… I na Łowicz wypadło. Tak, tu mnie jeszcze nie było.

Droga z Warszawy, pomimo kilkudziesięciu kilometrów wzorowa, czego olbrzymią zasługą jest trasa A2, zwana Autostradą Wolności. Po 45 minutach od wyruszenia ze stołecznego Bemowa byłem już pod łowickim stadionem, co prawda spóźniony kilka minut, ale jak się okazało nie ominęło mnie nic wielkiego.

Gospodarze podejmowali tego dnia RKS Radomsko w ramach I grupy III ligi. Niedziela, godzina 11:15, termin taki “w sam raz” dla mnie. Obie ekipy, pomimo obecnego czwartoligowego marazmu pamiętają jednak “świetność” bez grzebania w najgłębiej schowanych kartach historii, bowiem Pelikan nieco ponad 10 lat temu miał epizod na zapleczu ekstraklasy, a tejże doświadczyli goście na początku XXI wieku.

Ale to jednak historia, dlatego dziś oba kluby rywalizują ze sobą na czwartym szczeblu, przy czym goście z Radomska do tego sezonu przystąpili z łatką beniaminka, natomiast gospodarze to etatowy już reprezentant tej ligi. Marazm, którego odzwierciedleniem jest obiekt Pelikana.

Łowickie kasy stadionowe z pewnością pamiętają czasy, kiedy ich wychowanek, a obecny reprezentant Polski Maciej Rybus miał najwyżej kilka lat. Trybuna główna może nieco “nowocześniejsza”, ale też lekko zaniedbana. Do tego jedna trybuna zabramkowa (wyłączona z użytkowania) i niewielki sektor gości w okolicach ławek rezerwowych. Z czwartej strony budynek klubowy, który wizualnie też sporo może pamiętać, także – że tak powiem – szału nie ma.

Jak już wspomniałem, na zawody dotarłem kilka minut spóźniony. Impreza biletowana, co mnie – kolekcjonera “papierków” osobiście bardzo ucieszyło. Szybki zakup wejściówki w cenie 12 złotych i już można było raczyć się łowickim futbolem. Co ciekawe – po przekroczeniu bramy stadionu swobodnie można było z niego wyjść i wejść ponownie, co nie jest takie oczywiste na innych obiektach. A przyznam, że trochę się z tego tytułu “zesrałem”, bo zapomniałem z auta papierosów. Nałogowcy zrozumieją ten stan. 🙂

Z niespodzianek – przynajmniej dla mnie – sektor gości, w którym zasiadło blisko trzydziestu kibiców z Radomska. W połączeniu z obecnością jednej flagi i aktywnością wokalną był to dla mnie duży plus, bo w sektorach gospodarzy o podobnych atrakcjach można zapomnieć.

Czas na aspekt sportowy… Pierwsza połowa bez bramek. Coś tam się niby działo, obie ekipy miały jakieś pojedyńcze okazje ale nie wynikało z tego nic konkretnego. Widywałem gorsze 0:0 do przerwy, dlatego nie będę tutaj używał słów powszechnie uważanych za wulgarne.

Druga połowa odpłaciła jednak niewielkie męki z pierwszej części zawodów. W 52. minucie Radomszczanie otworzyli worek z bramkami po trafieniu z rzutu karnego, a zanim Pelikan zdał sobie sprawę z niekorzystnego rezultatu, dostał drugiego gonga po rzucie rożnym. Podelektowałem się rozgrywką jeszcze przez kilkanaście kolejnych minut, w międzyczasie wyszukując w okolicach kolejne mecze do “zaliczenia”, po czym opuściłem łowicki stadion w okolicach 70. minuty… I to był mój błąd. Jak się potem okazało, między 75. a 78. minutą Pelikan doprowadził do wyrównania, co jednak w ostatecznym rozrachunku dało niewiele, bowiem trzy minuty po wyrównującym golu RKS wyszedł na prowadzenie… Którego już nie oddał. Trzy punkty pojechały więc do Radomska, a ja z mieszanymi uczuciami udałem się na kolejny obiekt w okręgu skierniewickim, o czym w kolejnym wpisie. 🙂

Data: 05.10.2019
Mecz: Pelikan Łowicz – RKS Radomsko
Rozgrywki: III liga, grupa I
Widzów: ok. 400 (gości: 25)
Pirotechnika: brak
Doping: tylko u gości
Piwo: brak
Catering: brak
Pamiątki: brak
Bilet: normalny 12 zł
Subiektywna ocena: 4/10

14/1920 Pogoń Grodzisk Maz. – Ursus Warszawa 21.09.2019

Nie przeprowadzam żadnych rewolucji jak pani Magda Gessler, ale postanowiłem po ponad dwóch miesiącach wrócić na stadion w Grodzisku Mazowieckim i powiedzieć – sprawdzam! Po barażowym meczu miejscowej Pogoni, na którym gościłem pod koniec czerwca chciałem zobaczyć, jak miejscowi radzą sobie w wyższej lidze. Apetyt – w przenośni i dosłownie – miałem spory, dlatego zanim wyruszyłem w podróż do oddalonego o dwadzieścia kilometrów Grodziska, miłe wspomnienia wróciły… Piękna pogoda, wyprzedany stadion, piłkarskie święto, doping tak gospodarzy, jak i gości, wszechobecny zapach grilla, zimne piwko…

Pogoń gościła tego dnia stołeczny Ursus. Źle zaczęło być już przed wyjazdem, bo po pierwsze, pogoda stricte jesienna, a po drugie – wybrałem się autem. Z piwka nici, na grilla wciąż smak był.

Pięć minut przed pierwszym gwizdkiem byłem już na stadionie. Bilet tradycyjnie 10 zł, program meczowy gratis (szanuję inicjatywę, na tym poziomie mało gdzie chce się komuś robić schludną, meczową gazetkę). Pierwszy gong – brak stoiska gastronomicznego. Celowo przegłodziłem się przed wyjazdem żeby “wciągnąć” lokalną giętą, srogo się zawiodłem. Drugi gong to frekwencja. Mając w pamięci komplet tysiąca widzów w czerwcu nie powaliło mnie dzisiejsze może ze dwieście osób. Jakiegokolwiek dopingu brak, grodziski stadion przeszywała niezręczna cisza.

Jeśli dodamy do tego marnej jakości widowisko sportowe to mizeria była straszna. Na szybko ogarnąłem sobie piłkarski plan B, a ze stadionu Pogoni wylogowałem się po pierwszej połowie. Co się później okazało, miejscowi pokonali Ursus 1:0 (spory wyczyn biorąc pod uwagę wszystkie poprzednie mecze Pogoni na czwartym szczeblu rozgrywkowym), ale to chyba była jedyna jakakolwiek atrakcja, która mnie ominęła. Szybki transfer na kolejny stadion, o czym w kolejnym wpisie, a Grodzisk na jakiś czas sobie odpuszczam. Słabo.

Data: 21.09.2019
Mecz: Pogoń Grodzisk Mazowiecki – Ursus Warszawa
Rozgrywki: III liga, grupa I
Widzów: 200? (gości: brak)
Pirotechnika: brak
Doping: brak
Piwo: brak
Catering: brak
Pamiątki: darmowy program meczowy na plus
Bilet: 10 zł
Subiektywna ocena: 2/10

07/1920 Ursus Warszawa – Lechia Tomaszów Maz. 31.08.2019

Blisko cztery lata minęło od ostatniego pełnoprawnego meczu stołecznego Ursusa, na którym miałem przyjemność gościć. Był to pojedynek z Pilicą Białobrzegi w październiku 2015 roku, który gospodarze wygrali 2:1, a jedyne co pamiętam z tego dnia to pierwsze przeraźliwe, jesienne zimno.

W międzyczasie gościłem na stadionie przy Sosnkowskiego jeszcze dwukrotnie – rok później zawitałem na meczu z Huraganem Wołomin. Również był to październik, zakupiłem bilet, wszedłem na stadion i nie dalej jak pięć minut później zaczęło się tak potężne gradobicie, że w kilka chwil stadion się wyludnił. Mieszkałem wtedy nieopodal ursusowskiego obiektu dlatego wróciłem do domu zagrzać się… i już nie chciało mi się wracać na resztę meczu.

A jeszcze dwa lata później – był to styczeń 2018 roku – na bocznym boisku w Ursusie odbył się trójmecz sparingowy, w którym brali udział gospodarze, Znicz Pruszków i mój lubelski Motor. Przyznam się szczerze, że na pojedynek Lublinian ze Zniczem zaspałem, natomiast na półgodzinną batalię Motoru z gospodarzami już dotarłem. Dobre i to.

Świetnie się zatem złożyło, że przy wolnej sobocie terminarz pierwszej grupy III ligi obdarował mnie domowym meczem Traktorków (bo tak mienią się gospodarze), których przeciwnikiem była Lechia Tomaszów Mazowiecki. Na przestrzeni tych kilku lat lokalna arena zmieniła się na duży plus, bowiem trybuna główna doczekała się estetycznego zadaszenia i można ją już pełnoprawnie nazywać stadionem. Szybkie wejście na stadion po zakupieniu biletu w cenie 10 zł i można było się raczyć całkiem niezłym widowiskiem piłkarskim przy akompaniamencie przepięknej pogody.

Miłym zaskoczeniem była obecność kibiców gości, którzy na wycieczkę do stolicy udali w sile około 20 osób. W miarę regularny doping w asyście bębna robił wrażenie, biorąc pod uwagę liczebność grupy. Szkoda, że fani gospodarzy nie uaktywnili się ani razu i tak po prawdzie to nie wiem, czy coś jeszcze działają w sferze aktywnego kibicowania.

Jeśli ktoś jeszcze nie był na Ursusie, a oprócz futbolu pasjonuje się mniej lub bardziej lotnictwem to polecam wizytę podwójnie. Idealnie nad stadionem wytyczona jest droga startowa lotniska na Okęciu i można z bliska podziwiać lądujące lub startujące samoloty, średnio sztuka na dwie minuty. Co udowadniam na załączonym obrazku.

Piłkarsko – do przerwy jednobramkowa przewaga gospodarzy, na koniec to jednak Tomaszowianie strzelają dwie bramki w odstępie kilku minut i zabierają komplet punktów do siebie. Nie był to może spektakl, o którym lokalna społeczność będzie rozmawiać tygodniami ale też było czasem na czym zawiesić oko. Nie żałuję ani 10 złotych, ani półtorej godziny poświęconego czasu. 🙂

Data: 31.08.2019
Mecz: Ursus Warszawa – Lechia Tomaszów Maz.
Rozgrywki: III liga, gr. I
Widzów: ok. 500 (gości: 20)
Pirotechnika: brak
Doping: goście aktywni wokalnie
Piwo: brak
Catering: suchy prowiant przy “kasach”
Pamiątki: szaliki, długopisy, smycze przy “kasach”
Bilet: 10 zł normalny
Subiektywna ocena: 5/10

04/1920 Motor Lublin – Orlęta Radzyń Podl. 18.08.2019

Gdy wyjazdowe emocje z poprzedniego wpisu już opadły, przyszło mi “napocząć” nowy sezon na lubelskiej Arenie, gdzie trzy dni później Motor miał podejmować w pierwszym domowym meczu nowego sezonu Orlęta Radzyń Podlaski. Korzystając z faktu, że mogliśmy zostawić syna pod opieką babci, na mecz wybrałem się z małżonką, co nie zdarza się zbyt często. 🙂

Oczekiwania sportowe były spore. Po kompromitującej porażce w Kraśniku i niezasłużonym remisie w Chełmie wygrana tego dnia była wymagana, aby spojrzeć przez jakikolwiek pozytywny pryzmat na nowy sezon. Jakoś tak niemrawo zaczęło być jeszcze przed przejściem przez kołowroty, bo wkoło Areny na 20 minut przed pierwszym gwizdkiem sędziego było jakoś tak… pusto. Jak się potem okazało, tego dnia trzecie z rzędu wojewódzkie derby obejrzało niewiele ponad 2000 widzów, co jak na tutejsze standardy jest śmiesznie niską wartością, natomiast biorąc pod uwagę resztę ligi to wciąż hegemonia.

Nie sposób pominąć całokształtu wyczynów piłkarzy z Lublina. Jedenastka, która wystąpiła tego dnia miała w sumie w CV 848 rozegranych meczów na poziomie ekstraklasy, na co złożyły się występy Tomka Brzyskiego, Grzegorza Bonina, Rafała Grodzickiego i Adriana Olszewskiego. Sam ten fakt powinien w każdym kolejnym meczu stawiać Motor za faworyta, realia jednak są takie, że sama mieszanka doświadczenia ze świeżą krwią to jeszcze nie gwarant sukcesu – nawet na czwartym poziomie rozgrywkowym. Bezbramkowy remis tego dnia został potraktowany jak porażka – szczególnie, że Orlęta to co roku drużyna na co najwyżej środek tabeli. Żenującego rezultatu końcowego nie zamaże nawet fakt, że Motorowcy wykonali jakieś kilka tysięcy dośrodkowań czy to z gry, czy ze stałych fragmentów, byli stroną absolutnie dominującą zaś gospodarze stworzyli sobie najwyżej dwie jako takie okazje. Remis poszedł w świat.

Osobny akapit chciałbym poświęcić Rafałowi Grodzickiemu, lat 35, 270 występów i 9 goli na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Tak w Chełmie, jak i w Lublinie z Orlętami występ “legendy” Ruchu czy Śląska oceniam na 2/10. Nie mam pojęcia, dlaczego człowiek z takim doświadczeniem jest tak elektryczny w pastwiskowej lidze ale serio – ciężko się to oglądało po raz drugi. Aż ciśnie się na usta cytat z trenera Cecherza – “był ku*wa słaby”.

Na trybunach – jak już wspomniałem – frekwencja mizerna. Być może było to spowodowane długim weekendem, być może miały na to wpływ inne czynniki, roztrząsać nie będę. Młyn Motoru tego dnia nie prezentował zbyt wielkiego poziomu wokalnego, repertuar był klasyczny, oprawy czy pirotechniki absolutny brak. Pod koniec pierwszej połowy do sektora gości dotarła wycieczka z Radzynia w sile około 60-ciu osób z dwiema flagami, co stanowiło jakąś atrakcję w tym “smutnym jak pi*da” dniu na lubelskiej Arenie.

Aktywność gastronomiczną ograniczyłem do jednego piwka z nalewaka, posiłków jako takich tego dnia nie testowałem ale jestem niemalże pewien, że na lubelskiej Arenie pod tym kątem nie zmieniło się absolutnie nic względem zeszłego sezonu. Mecz do zapomnienia.

Data: 18.08.2019
Mecz: Motor Lublin – Orlęta Radzyń Podlaski
Rozgrywki: III liga, grupa IV
Widzów: 2100 (gości: 60)
Pirotechnika: brak
Doping: obustronny, na słabym poziomie
Piwo: Perła 5 zł
Catering: raczej standard
Pamiątki: kibicowski sklepik dostępny pod jedną z trybun
Bilet: 10 zł w przedsprzedaży
Subiektywna ocena: 4/10

03/1920 Chełmianka Chełm – Motor Lublin 15.08.2019

Jeśli dobrze liczę, to dokładnie 14 lat minęło od ostatniego mojego pobytu w “klatce” na wyjeździe Motoru. W tak zwanym międzyczasie, po emigracji do stolicy zdarzyło mi się kilkukrotnie zobaczyć na żywo moją drużynę wizytującą stołeczne i okołostołeczne boiska, niemniej jednak na pełnoprawnym kibicowskim szlaku ostatni raz byłem zanim jeszcze osiągnąłem pełnoletność. Smutne, lecz prawdziwe.

Dość intensywne życie zawodowe połączone z pojawieniem się nieco ponad rok temu latorośli i wspomnianą emigracją odcisnęły spore piętno na mojej fanatycznej relacji z Motorem. Pomimo zaledwie dwustu kilometrów od rodzinnego miasta ciężko jest kursować co tydzień czy dwa na ten mój dziki wschód, ale dość tłumaczeń i banałów, przejdźmy do odnotowanego faktu. 🙂

Korzystając z wolnego długiego weekendu i faktu, że Chełm to rodzinne miasto małżonki postawiłem sobie za punkt honoru wybrać się na pojedynek miejscowej Chełmianki z Motorem w ramach drugiej kolejki sezonu 19/20 buraczanej trzeciej ligi. Święto, pogoda idealna, bez problemu udało się wejść do klatki i dopingować piłkarzy z perspektywy sektora gości w towarzystwie blisko ćwierć tysiąca braci po szalu. Pomimo ślamazarnej pracy służb porządkowych obsługujących listę wyjazdową i wpuszczających na sektor, wraz z pierwszym gwizdkiem byliśmy już niemal w komplecie otoczeni kratą, do czego tak mi, jak i innym wciąż ciężko się przyzwyczaić. O rozpadzie naszej długiej przyjaźni z Chełmianką można poczytać bez problemu w internetach, dlatego nie będę tutaj powielał informacji dostępnych na wyciągnięcie ręki.

Jak już wspomniałem, w naszym sektorze zasiadło tego dnia niecałe ćwierć tysiąca fanatyków. Doping na średnim poziomie z kilkoma przerwami, ale mimo tego wciąż byliśmy stroną dominującą tak wokalnie, jak i liczebnie nad gospodarzami, których kibicowski kryzys dosięgnął już jakiś czas temu i nie chce wypuścić. A nasz szczelnie oflagowany sektor mniej lub bardziej tętnił życiem, ale i tak poczułem ten sentymentalny wyjazdowy klimat.

Z piłkarskiego punktu widzenia – powinniśmy zjeść przysłowiową dupą gospodarzy, tymczasem po żenującym wyniku w pierwszej kolejce tym razem wywieźliśmy jeden punkt, co biorąc pod uwagę możliwości kadrowe, jak i organizacyjne jest kompletną porażką. Teoretycznie można to tłumaczyć kolejną, nie wiem już którą rewolucją kadrową na przestrzeni ostatnich lat, w praktyce jednak mimo tych wszystkich zawirowań powinniśmy zjadać każdego kolejnego rywala, radośnie bekając po następnym kęsie.

Ciężko jest być kibicem Motoru, ale po blisko dwudziestu latach trwania w tej fanatycznej bańce do wszystkiego można się było przyzwyczaić. Dlatego wciąż wierzę, że przyjdą te “lepsze czasy” i powróci Motor “w szeregi ekstraklasy”. A co do wyjazdowej zajawki, mam pewien kolejny plan na najbliższą przyszłość, ale póki co nie zdradzę szczegółów. 🙂

Data: 15.08.2019
Mecz: Chełmianka Chełm – Motor Lublin
Rozgrywki: III liga, grupa IV
Widzów: 800 (gości: 240)
Pirotechnika: brak
Doping: obustronny
Piwo: brak
Catering: brak
Pamiątki: brak
Bilet: goście 15 zł
Subiektywna ocena: 5/10

30/1819 Polonia Warszawa – Mazur Ełk 22.06.2019

Mieszkam w aglomeracji warszawskiej już ósmy rok. Wprowadzając się do stolicy Polonia Warszawa grała w T-Mobile ekstraklasie i na koniec sezonu 2011/12 zajęła szóstą lokatę. Mistrzem Polski został Śląsk Wrocław, wicemistrzem chorzowski Ruch, ostatnie miejsce na pudle przypadło wtedy Legii, z ligi spadała Cracovia i ŁKS… Czarne koszule w tym sezonie przywdziewali dwaj obecni piłkarze Motoru Lublin – Tomek Brzyski i Grzesiek Bonin. Poza nimi w kadrze Polonii byli chociażby Marcin Baszczyński, Sebastian Przyrowski (o którym będzie w kolejnym wpisie), Maciej Sadlok, Tomasz Jodłowiec, Łukasz Trałka czy też jego imiennik Teodorczyk… Wieczność, prawda?

Tyle właśnie czasu zajęło mi, żeby po raz pierwszy zagościć na obiekcie Polonii przy Konwiktorskiej. Zawsze było mi nie po drodze z wszelakich powodów podczas gdy Czarne Koszule spadały coraz niżej, i niżej… Dla klubu o uznanej historii obecny stan rzeczy to dno i chyba właśnie to mnie skłoniło żeby zobaczyć co tam właściwie się dzieje. Kolejna sprawa – piłkarski sezon ogórkowy nabrał pełni i jedyne, co jeszcze można było zobaczyć na lokalnych stadioniach to ostatnia kolejka trzeciej ligi plus pojedyncze mecze barażowe jeszcze niżej.

Z nieukrywaną ciekawością jechałem na pojedynek Czarnych Koszul z Mazurem Ełk. Gospodarze nie grali już o nic, natomiast goście mieli jeszcze matematyczne szanse na utrzymanie co niewątpliwie dodawało smaku rywalizacji. Spotkanie w pierwszej połowie niemrawe, optycznie lepszym zespołem byli gospodarze ale kompletnie nic z tego nie wynikało, gościom brakowało tak zwanych umiejętności żeby tworzyć sobie okazję za okazją. A i pogoda nie sprzyjała obu zespołom, bowiem temperatura oscylowała tego dnia w okolicach trzydziestej kreski na plusie.

Na trybunach frekwencja nienajgorsza. Własnie spojrzałem, że 90minut.pl podaje iż tego dnia na Konwiktorskiej mecz obejrzało 358 osób co według mnie jest dość śmieszną wartością i strzelam, że wliczając 70 osobową grupą kibiców gości frekwencja mogła być wyższa o co najmniej drugie tyle. Ale może to ze mną coś jest nie tak. 🙂 Gospodarze wystawili przynajmniej “okołostuosobowy”, aktywny przez większość meczu młyn, a i goście odpowiednio zaznaczali wokalnie swoją obecność. Wracając na chwilę do oficjalnej frekwencji (przypomniało mi się) – zakupiłem bilet z adnotacją “gość”, którego nikt potem nie sprawdzał więc może nie byłem jedyny który dostał jakiś świstek i zaniżyło to faktyczne statystyki.

Pisząc to co chwila przypomina mi się jakaś ciekawa akcja, warto więc wspomnieć że w okolice stadionu dotarłem kilka minut przed pierwszym gwizdkiem. Na sam obiekt wszedłem jednak w okolicach 25. minuty, bo… Niespełna kilometr od muranowskiej areny tego dnia odbywała się spora impreza plenerowa zwana Wiankami nad Wisłą, w związku z czym prawie pół godziny zajęło mi znalezienie kawałka wolnej przestrzeni do zaparkowania auta. Patrole policji co kilkanaście metrów wcale nie ułatwiały poszukiwań ale ostatecznie – udało się i znalazłem miejscówkę 10 minut spacerem od celu.

Strefa gastronomiczna w przerwie znacznie poprawiła mi morale. Gięta pokaźnych rozmiarów w cenie 10 zł była całkiem dobra, niestety nie było mi dane skompilować jej smaku z piwerkiem bo jak już wspomniałem – wygodnie dotarłem na zawody autem. Nie wiem czy to przypadek, czy kryptofanatyzm w kierunku sąsiedniego klubu ale grillmeister ułożył mi giętą i towarzyszącego jej ogórka kiszonego na kształt litery (L). Pozostawiam temat bez odpowiedzi.

Gospodarze ostatecznie pokonują Ełczan 1:0, zaś jedyną bramkę zdobył Krystian Pieczara. Warto wspomnieć o dżentelmenie, bo był to jego 31. gol w sezonie (ponad połowa bramek Czarnych Koszul były dziełem Pieczary). W ostatecznym rozrachunku to trafienie dawało Polonii absolutnie nic, a przy okazji definitywnie wyrzucało gości do czwartej ligi. Jeśli w przyszłym sezonie ktoś mi zagwarantuje, że gięta jest wciąż tak samo dobra to wpadnę na Konwiktorską i skonsumuję ją ponownie, tyle że tym razem w towarzystwie zimnej Perły. 🙂

Data: 22.06.2019
Mecz: Polonia Warszawa – Mazur Ełk
Rozgrywki: III liga grupa I
Widzów: ok. 800 (gości: 60-70)
Pirotechnika: brak
Doping: z obu stron na nienagannym poziomie
Piwo: owszem, Perła chyba po 7 zł
Catering: grill obecny, pokaźnych rozmiarów gięta stadionowa po 10 zł
Pamiątki: spory stragan przed wejściem, kilkadziesiąt wzorów szali do kupienia
Bilet: normalny 20 zł
Subiektywna ocena: 7/10

23/1819 Motor Lublin – Stal Rzeszów 11.05.2019

Hit sezonu, starcie gigantów, pojedynek hegemonów – to tylko część określeń jakie można było przypisać do meczu mojego Motoru z rzeszowską Stalą. Zapowiadało się gorąco nie tylko na boisku, ale i na trybunach bowiem do Lublina zmierzało blisko 700 kibiców gości wraz ze swoimi zgodami. Pogoda idealna, atmosfera godna przynajmniej zaplecza ekstraklasy – nie pozostało więc nic innego jak delektować się meczem i chłonąć klimat trybun.

Stawka meczu była olbrzymia – Motor musiał wygrać, żeby pozostać w wyścigu o II ligę, gdyby wygrała Stal – marzenia Motoru o awansie ległyby w gruzach. Remis utrzymywał jeszcze gospodarzy przy życiu ale wcale nie ułatwiał sprawy. Było więc jasne, że od pierwszej minuty walka będzie zacięta i tak też się stało.

Na trybunach nie było inaczej. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem zaczął się festiwal uprzejmości obu ekip wymieszany z dopingowaniem swojej drużyny. Żaden z sektorów nie ucichł choćby na ćwierć minuty dzięki czemu mogliśmy poznać i porównać potencjał wokalny Lublinian i Rzeszowian. Z oczywistych względów to gospodarze wykręcali więcej decybeli ale i Stal z przyjaciółmi pokazali się z nienajgorszej strony.

Pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem, który jak wspomniałem niewiele dawał obu zespołom. W 59. minucie na prowadzenie wyszli gospodarze i w miarę upływu minut wydawało się, że “dowiozą” jednobramkową zaliczkę jednak na siedem minut przed końcem spotkania Stal wyrównała z rzutu karnego. Podział punktów stał się faktem i sprawa awansu była wciąż otwarta (w grze było jeszcze Podhale Nowy Targ – swoją drogą rewelacja sezonu).

Wróćmy na chwilę na trybuny, bo tam działo się nawet więcej niż na boisku. W drugiej połowie gospodarze zaprezentowali oprawę okraszoną niezłą ilością pirotechniki, a na sam koniec wywiązało się drobne zamieszanie z ochroną i atmosfera mocno się zagrzała. W ostatecznym rozrachunku do niczego większego nie doszło ale po raz pierwszy było mi dane wychodzić z Areny w szpalerze utworzonym z milicjantów. ACAB.

Meczycho przez wielkie “M”. I mimo że skończyło się na jednym punkcie, to bawiłem się świetnie i chciałbym tylko takich meczów na lubelskiej arenie. Szkoda, że kolejny sezon spędzimy w tej buraczanej lidze i dalej trzeba będzie się szarpać o punkty z Wólkami Pełkińskimi czy innymi wynalazkami, ale chyba już się przyzwyczaiłem do takiego stanu rzeczy. 🙂 TYLKO MOTOR!

Data: 11.05.2019
Mecz: Motor Lublin – Stal Rzeszów
Rozgrywki: III liga, grupa IV
Widzów: 4190 (gości: 670)
Pirotechnika: gospodarze zaprezentowali
Doping: co najmniej pierwszoligowy poziom
Piwo: tradycyjnie niskoprocentowa Perła (5 zł)
Catering: podstawowy (hot-dog, popcorn, BIGOS)
Pamiątki: tym razem brak
Bilet: mój 12 zł
Subiektywna ocena: 8/10

17/1819 Motor Lublin – Hutnik Kraków 20.04.2019

Chronologia zadecydowała, że dopiero dziesiąty wpis na blogu będzie traktował mecz mojego Motoru, na szczęście co się odwlecze, to nie uciecze. Świąteczna wyprawa w rodzinne strony, Wielka Sobota, zero obowiązków więc w spokoju i ogólnej uciesze można było udać się na Arenę Lublin i dopingować gospodarzy w meczu kolejki.

A rywalem był nie byle kto, bo krakowski, a właściwie nowohucki Hutnik, po rundzie jesiennej jeszcze lider tabeli, w dzień meczu jeśli dobrze pamiętam już drużyna z czwartego miejsca ale jeszcze licząca się w walce o awans. Tak to się ułożyło, że przed sezonem grupa czwarta trzeciej ligi obfitowała w kluby z aspiracjami do awansu – była to żelazna piątka czyli Stal Rzeszów, Motor Lublin, Hutnik Kraków, Wisła Puławy i Podhale Nowy Targ. Tak piekielnie mocnej ligi to ja nie pamiętam, serio. Pierwsi z wyścigu odpadli puławianie, po tym meczu dołączył do nich Hutnik, pozostała trójka miała bić się o awans do ostatniej kolejki…

Ale wracając do hitowego pojedynku Motoru z Hutnikiem. Frekwencja trochę ponad 4000 osób, co może robić wrażenie patrząc na poziom rozgrywek, w tym przypadku nieznacznie pomogli goście, którzy przybyli do Lublina w liczbie ćwierć tysiąca. Atmosfera na meczu godna rangi zawodów, czyli takie solidne zaplecze ekstraklasy. Na boisku 2:0 dla Motoru po bramkach Tomka Brzyskiego i Mateusza Majewskiego. Reasumując – kolejny dobry mecz na lubelskiej Arenie, choć tak piłkarzy, jak i kibiców Motoru stać na znacznie więcej. Ale o możliwościach tych drugich przekonamy się jeszcze za kilka wpisów. 🙂

Data: 20.04.2019
Mecz: Motor Lublin – Hutnik Kraków
Rozgrywki: III liga, grupa IV
Widzów: 4123 (gości: 250)
Pirotechnika: tym razem brak
Doping: taki 4/6
Piwo: dostępne na stadionie
Catering: jak wyżej
Pamiątki: dobrze zaopatrzone stoisko kibiców
Bilet: mój 12 zł
Subiektywna ocena: 7/10