26/1920 KSZO Ostrowiec Św. – Motor Lublin 09.11.2019

Danie głównie świętokrzyskiej soboty. Mecz dwóch drużyn, które śmiało można nazwać “firmami”, pomimo zaledwie czwartego poziomu rozgrywkowego. Gospodarze, czyli KSZO Ostrowiec Świętokrzyski na przełomie wieków był stałym bywalcem rodzimej ekstraklasy, natomiast Motor Lublin, czyli goście dzisiejszego spotkania nieco dłużej “odpoczywają” od naszej najwyższej ligi, ale za to jej zaplecze to historia sprzed ledwie dziesięciu lat. Oba kluby to również spore ośrodki kibicowskie, dlatego wiedząc, że na meczu pojawią się fani z Lublina można było liczyć na ciekawe spotkanie tak na boisku, jak i na trybunach.

Mecz miał rozpocząć się o godzinie 16:00, jednak zapobiegawczo pojawiłem się przed ostrowieckim stadionem godzinę wcześniej. Szybki rekonesans okolicy, bezproblemowy zakup biletu (halo Znicz, mam w dowodzie lubelski adres i bez żadnego “ale” kupiłem bilet!) i pół godziny przed pierwszym gwizdkiem spacerowałem sobie już po obiekcie w oczekiwaniu na pierwszy gwizdek.

Nie było czuć atmosfery jakiegoś wielkiego święta. Ot, zwykły mecz klubu, który przeżywa ciężkie czasy sportowe, co dało się odczuć na każdym kroku. Trener gospodarzy, były reprezentant Polski – Sławomir Majak – miał chyba poukładać co nieco sportowe puzzle w klubie, niemniej jednak efektu póki co nie widać, a i głosy na trybunach świadczyły, że nie traktuje się tutaj trenera jako magika czy cudotwórcę.

Można by rzec, że to sytuacja tożsama z tą w drużynie gości, bo w Motorze też “nie jest kolorowo”. Różnica jest jednak taka, że mimo kiepskiego stylu i kilku kompromitujących rezultatach lublinianie jako tako punktują, czego nie można powiedzieć o KSZO. Wszystko to miało sprawić, że mecz będzie ciekawy, obfitujący w walkę, przysłowiowe “gryzienie trawy” i sportową ambicję na najwyższym poziomie. I może nie do końca tak było, ale jednak dało się to oglądać, obie strony miały swoje sytuacje, przy czym koniec końców o jedną bramkę lepsi okazali się Motorowcy. Warto odnotować jeszcze fakt, że gospodarze w osobie Marcina Kaczmarka (39 lat na karku, 221 spotkań w ekstraklasie i jeszcze mu się “chce”) przestrzelili karnego, a dodając do tego kilka świetnych sytuacji całej drużyny KSZO może czuć wielki niedosyt. No ale… liczy się to, co w sieci, 1:0 dla Motoru i trzy punkty jadą do Lublina.

Trybuny. Frekwencja tego dnia wyniosła 1000 osób. Ciężko mi ocenić, czy to dużo, czy mało, nie znając wszelkich lokalnych okoliczności. Uznajmy więc, że jak na czwartą ligę i kilkudziesięciotysięczne miasto tragedii nie ma, znam gorsze przypadki z własnego podwórka. 🙂 Goście dotarli pod stadion w okolicach pierwszego gwizdka, doping jednak zaczęli prowadzić sporo później, w momencie jak już cała ekipa znalazła się na sektorze. Liczbowo Motor około 170 osób, młyn gospodarzy albo podobnie, albo nieco mniej, zaś wokalnie z mojego “punktu siedzenia” na remis. Obyło się bez wzajemnych uprzejmości, obie ekipy skupiły się na dopingowaniu swoich drużyn, ja natomiast po raz kolejny musiałem się mocno napracować, żeby nie ujawnić swojego “pochodzenia”, szczególnie po bramce dającej zwycięstwo. 🙂

Stadion. Swego czasu jeden z najnowocześniejszych obiektów w Polsce, warto przypomnieć jednak, że były to czasy przed stadionowym boom na Euro 2012. Infrastrukturalna posucha z początku XXI wieku doprowadziła do tego, że Ostrowiec gościł pierwszą reprezentację Polski trzykrotnie, w tym raz o punkty. Zaraz potem jednak stadionu na miarę zachodu doczekały się Kielce, a potem to już ruszyła maszyna w całej Polsce… Niemniej jednak ostrowiecki obiekt wciąż wygląda nieźle, szczególnie jak na czwarty poziom rozgrywkowy.

Podstawowe potrzeby. Na początku pierwszej połowy przy wejściu rozstawił się niewielki “stragan” z pamiątkami, który to ogarniali kibice KSZO, wybór pamiątek jednak mocno ograniczony, większość suwenirów typowo dla “kumatych”, i nie miałbym z tym problemu, gdyby była do kupienia chociaż jedna sztuka jakiegokolwiek szala. Zdecydowanie lepiej było natomiast od strony gastronomicznej, którą również ogarniali kibice, a w menu była tradycyjna gięta z grilla elektrycznego, piwo z nalewaka (PERŁA 🙂 ) i jakieś inne napoje “dla kierowców”. Piwko 6 zł, dla kilku osób okazało się że po 5 zł bo powstał między obsługą drobny konflikt co do ceny, ostatecznie jednak oficjalna cena to “szóstak”. Kiełbaska z grilla taka średnia z plusem, średnia smakowo i wagowo, plus za cenę bo 7 zł to jednak w porównaniu do większości aren w Polsce cena mocno promocyjna. W tym przypadku jednak adekwatna do produktu…

Sumując. Mecz bliski kompletnemu. Na boisku coś tam się działo, trzy punkty jadą do Lublina, co cieszy mnie podwójnie, obie ekipy z dopingiem, szkoda że bez pirotechniki czy innych ultraatrakcji. Potrzeby okołomeczowe również częściowo zaspokojone, dlatego nie powiem, że do Ostrowca warto wybrać się za wszelką cenę ale rekomenduję – Futbolnięty. 😛

Data: 09.11.2019
Mecz: KSZO Ostrowiec Św. – Motor Lublin
Rozgrywki: III liga, grupa IV
Widzów: 1000 (gości: 170)
Pirotechnika: brak
Doping: obustronny
Piwo: Perła 6 zł
Catering: gięta 7 zł
Pamiątki: dla wybranych, ale dostępne
Bilet: 10 zł normalny
Subiektywna ocena: 8/10

25/1920 Stal Kunów – Klimontowianka Klimontów 09.11.2019

Epizod drugi świętokrzyskiej soboty. Jak już wspominałem, powoli zbliżamy się ku sezonowi ogórkowemu, dlatego trochę na siłę, ale trochę też dlatego że było “idealnie po drodze” zajrzałem do podostrowieckiego Kunowa. Jadąc ze Starachowic na KSZO musiałem odbić z trasy ledwie pół kilometra, żeby odwiedzić symbolicznie mecz tamtejszej Stali z Klimontowianką Klimontów. Grzechem byłoby nie skorzystać…

Rzadko to się zdarza, ale miałem problem ze zlokalizowaniem areny w Kunowie. Adres podany na stronach PZPNu kierował mnie pod budynek lokalnego urzędu (gminy?). Trzeba więc było zużyć jeszcze trochę transferu w telefonie, żeby w końcu dotrzeć pod tutejszy stadion, a jak już trafiłem… To zupełnie z dupy strony i ciężko było stwierdzić, gdzie jest wejście (chociaż z pozycji auta zaparkowanego przy płocie miałem pełen obraz spektaklu). Skręcałem więc w każdą jedną uliczkę, która dawała jakiekolwiek prawdopodobieństwo dotarcia do “nieba bram”, w końcu się udało…

Bez problemu wjechałem autem na tereny zielone wokół murawy, w pierwszej wersji stanąłem idealnie kilka metrów za jedną z bramek, po czym uświadomiłem sobie, że każdy niecelny strzał to potencjalne uderzenie w Futbolniętowóz, dlatego po szybkiej refleksji przeparkowałem się bliżej jednego z rogów boiska. Z góry wiedziałem, że będzie to szybka wizytacja dlatego po pstryknięciu kilku zdjęć i krótkiego spaceru wokół boiska zapakowałem się z powrotem do auta i kilka minut później byłem już przed obiektem KSZO.

Ale słów kilka o Stali Kunów. Bardzo miłym zaskoczeniem byli kibice gospodarzy, którzy uformowali młyn i dopingowali swoją drużynę ile sił, co rzadko zdarza się na tym poziomie rozgrywkowym i w tak małych miejscowościach. To wszystko w asyście sporej i estetycznej flagi podkreślającej lokalny fanatyzm, zatem ogromne brawa i wielki szacunek dla kibiców Stali.

O samym meczu powiem niewiele, bo po wspomnianych poszukiwaniach wpadłem nań kilka minut przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę, a katapultowałem się do Ostrowca w zasadzie tuż po rozpoczęciu drugiej części meczu. Dlatego z góry przepraszam piłkarzy obu drużyn za brak jakichkolwiek peanów, może następnym razem. 😛

A miejscowa arena – schludny obiekt, z jedną pełnoprawną trybuną od zachodu i budynkiem klubowym po przeciwnej stronie, z którego to donosił się głos miejscowego spikera. Co ciekawe, za owym budynkiem znajduje się historyczna brama na stadion z wykutą nazwą klubu, która jednak pełni już teraz funkcję chyba tylko “pomnika” (będzie na zdjęciu w galerii na FB). Całość malowniczo położona, bowiem tuż za stadionem przepływa rzeka Kamienna, a to wszystko dopełnia dość spore zadrzewienie dlatego z chęcią zobaczyłbym jeszcze raz tutejszą arenę późną wiosną bądź latem, pewnie do zrobienia. 🙂

Dlatego z Kunowem nie żegnam się, lecz mówię – “do zobaczenia”! Tym razem na dłużej niż “chwilę”. 🙂

Data: 09.11.2019
Mecz: Stal Kunów – Klimontowianka Klimontów
Rozgrywki: świętokrzyska liga okręgowa
Widzów: ~100 (gości: chyba brak)
Pirotechnika: brak
Doping: był, brawo
Piwo: brak
Catering: brak
Pamiątki: brak
Bilet: brak
Subiektywna ocena: 4/10

24/1920 Star Starachowice – Wierna Małogoszcz 09.11.2019

Zima powoli puka do drzwi, co dla fanatyka niższych lig piłkarskich jest zapowiedzią chwilowej rozłąki od “meczingu”, przynajmniej tego na świeżym powietrzu i o punkty. Pierwsze dni listopada są więc ostatnim dzwonkiem na zobaczenie czegoś fajnego przed snem zimowym, dlatego skierowałem swoje nogi (i auto) na południe od stolicy, a dokładniej na północne rubieże województwa Świętokrzyskiego. Głównym powodem tej destynacji był mecz Motoru w Ostrowcu Świętokrzyskim, ale przecież nie byłbym sobą, gdybym pojechał tylko i wyłącznie na to spotkanie. Szybki przegląd okolicznych wydarzeń, i…

Starachowice. Średniej wielkości (50 tys. mieszkańców) miasto leżące pomiędzy wspomnianym Ostrowcem, a Skarżyskiem Kamienną. Pierwsze moje skojarzenie ze Starachowicami to oczywiście fabryka ciężarówek STAR, a gdzieś tam dalej dopiero klub piłkarski o takiej samej nazwie. W świadomości przeciętnego kibica raczej on jednak nie funkcjonuje, gdyż od wielu już lat pałęta się po niższych ligach, a o drugim poziomie rozgrywek, na którym to Star kiedyś występował nie pamiętają już chyba nawet najwierniejsi lokalni fanatycy. Warto jednak dodać, że lokalny obiekt gościł poważny futbol jeszcze w XXI wieku, a to wszystko za sprawą rozegranego w Starachowicach meczu o Superpuchar Polski w 2001 roku. Czemu akurat taka lokalizacja, tego nie wiem, wiem natomiast, że po arcyciekawym widowisku ówczesny mistrz Polski – krakowska Wisła – pokonał zdobywcę Pucharu Polski – warszawską Polonię 4:3. Spotkanie to obejrzało około 8000 widzów, co prawdopodobnie w Starachowicach nieprędko się powtórzy…

Dotarłem na miejsce około trzydziestu minut po pierwszym gwizdku. Miejscowy Star mierzył się tego dnia z Wierną Małogoszcz, która jak już wspomniałem w zapowiedzi video na fanpage’u funkcjonuje w pamięci kibiców Motoru (w pierwszej dekadzie XXI wieku Lublinianie występowali w jednej lidze z Małogoszczanami). Cały czas w głowie miałem fakt, że na starachowickim stadionie rozgrywano osiemnaście lat temu mecz o superpuchar… I jakież było moje zderzenie, kiedy zobaczyłem na żywo miejscową arenę. Powiedzieć, że czas zatrzymał się tam baaardzo dawno temu to nic nie powiedzieć. Chciałem dostrzec jakikolwiek element stadionu, który mógłby zostać chociaż odrobinę zmodernizowany na przestrzeni ostatnich powiedzmy dwudziestu lat – nie znalazłem. W jednej chwili przeniosłem się do lat 80-tych ubiegłego wieku… I nawet mi się to podobało!

W skrócie – trybuny to jeden wielki kawał rozpadającego się betonu z resztkami mocowań po ławkach, budka spikera to typowy blaszak również pamiętający poprzedni ustrój w naszym kraju, kasy i wejście na stadion wcale nie lepsze… I totalna nowość, jakiej do tej pory nie widziałem – dwie klatki dla gości umiejscowione w dwóch różnych częściach stadionu. Śmiało można zatem organizować w Starachowicach trójmecz drużyn, których kibice – delikatnie mówiąc – nie przepadają za sobą i każda z frakcji będzie bezpieczna. 🙂

O samym widowisku sportowym powiem niewiele, bo widziałem jedynie ostatni kwadrans pierwszej połowy i pierwszy drugiej, o ile to zrozumieliście. 🙂 Wychodziłem przy wyniku 1:1, gdzie w mojej ocenie to goście byli stroną przeważającą i potwierdziło się to później, bo Wierna dołożyła jeszcze trzy bramki i z wynikiem 4:1 wróciła do Małogoszczy.

Impreza była podobno biletowana, co wyczytałem z jakichś plakatów wkoło stadionu, ja natomiast przez nikogo nie nękany wszedłem na mecz, być może po trzydziestej minucie już opłata nie obowiązuje. 🙂 Dziwne szczególnie dlatego, że w przerwie spiker zapowiadał rozpoczęcie się niebawem sprzedaży karnetów na runde jesienną. Żałuję więc, że poza zdjęciami nie wyszedłem ze stadionu z jakąkolwiek namacalną pamiątką, bo oprócz braku biletu nie udało się zdobyć ani szalika, ani czegokolwiek innego.

A do spikera wracając… Kontrastował z otoczeniem totalnie. Merytorycznie przygotowany na poziomie ekstraklasy, dykcyjnie również najwyższy poziom, aż chciało się słuchać, co na piątym poziomie rozgrywek rzadko się zdarza. Wielkie brawa!

Z kronikarskiego obowiązku – aktywnych kibiców gospodarzy brak, fanatyków gości również, catering – brak, bilety – brak, pamiątki – brak. I tylko spiker uratował tę moją wizytację, jak i klimatyczny, choć rozpadający się wręcz stadion. Mieszanie uczucia, ale… zaliczone. Można lecieć dalej.

Data: 09.11.2019
Mecz: Star Starachowice – Wierna Małogoszcz
Rozgrywki: IV liga świętokrzyska
Widzów: ~400? (gości: brak)
Pirotechnika: brak
Doping: brak
Piwo: brak
Catering: brak
Pamiątki: brak
Bilet: brak? przynajmniej ja nie uświadczyłem
Subiektywna ocena: 3/10

23/1920 KS Blizne – UKS Borzęcin 27.10.2019

Przychodzi taki moment w sezonie u każdego groundhoppera, że powoli trzeba na siłę szukać rozrywki. Najczęściej takim momentem jest przełom października i listopada, kiedy to trzeba przestawić zegarki o godzinę do tyłu, niższe ligi niebawem zapadną w zimowy sen i pogoda coraz częściej bywa taka, że jak tu nie pić.

Tak też stało się u mnie w dniu dzisiejszym. Poza kilkoma wyjątkami mecze od czwartej ligi w dół zaczynały się najpóźniej o 14:00, do której to miałem szczelnie wypełniony grafik. Jedyna dziura zrobiła się późnym popołudniem, a że był to pierwszy dzień po zmianie czasu na zimowy, z przyczyn naturalnych mecze w okolicach Warszawy o tej porze mogłem policzyć na palcach jednej ręki.

Ale nie ma, że się nie da. Szybki przegląd wydarzeń i o 17:00 byłem już w Zielonkach – Parceli, gdzie znajduje się kompleks boisk GOSiR Stare Babice, który to jest areną zmagań kilku okolicznych klubów piłkarskich. Rozbłyśnięte jupitery już daleka wskazywały drogę do piłkarskich emocji. 🙂

Tym razem podbabickie Zielonki gościły dwie gminne ekipy, dlatego spotkanie tytułowano mianem derbów. Zapowiadało się ciekawie i tak też po częście było. Naprzeciw siebie stanęły drużyny KS Blizne i UKS Borzęcin, które reprezentują czwartą grupę klasy B, czyli ligową otchłań w mazowieckiej piłce. Zdecydowanym faworytem tego spotkania byli liderujący w tabeli gospodarze, czyli KS Blizne, którzy pokonując ekipię UKSu pozostali na czele rozgrywek. Piłkarsko była to typowa klasa B, czyli sporo walki i jeszcze więcej przypadku, a padający na początku zawodów delikatny deszcz wcale nie ułatwiał gry kombinacyjnej i uprawiania piłkarskiej finezji.

Zostawmy kwestie boiskowe, bo znacznie ciekawiej było na trybunach. Kompletnie nie spodziewałem się jakichkolwiek kibicowskich wrażeń tego dnia, tymczasem wśród mniej więcej setki widzów była grupa około trzydziestu fanów z Borzęcina, którzy to dopingowali swój zespół w asyście dwóch płócien. Warto dodać, że była to ekipa bardziej bankietowa, niemniej jednak sama obecność takich atrakcji na ósmej lidze mistrzów to powód do braw dla chłopaków.

I nawet zabawne było to, że oprócz wspierania swojej drużyny pojawiły się wątki między innymi ekstraklasowe, bo zdarzały się przyśpiewki na temat zapachu Arki Gdynia, uwokalniania skąd wytrysła krakowska Wisła czy jaki zawód (podobno najstarszy) uprawia stołeczna Polonia. Wszystko to w asyście pieśni pochwalnych dla warszawskiej Legii, którą – jak można było wywnioskować – ogół grupy na codzień wspiera.

Nie zwracając uwagi na paskudną pogodę, było to całkiem ciekawe doświadczenie, bo jadąc na B klasę z reguły człowiek nie spodziewa się niczego atrakcyjnego. Tymczasem w tym przypadku fanatyczni z Borzęcina dodali kolorytu temu widowisku i bardzo chętnie zobaczyłbym ich i uwiecznił jeszcze raz, tyle że w świetle dnia. Bo dzisiejsze warunki nie sprzyjały niestety dobrej smartfonowej fotografii, o czym przekonacie się na dniach.

Data: 27.10.2019
Mecz: KS Blizne – UKS Borzęcin
Rozgrywki: warszawska klasa B, grupa IV
Widzów: ok. 100 (gości: 30)
Pirotechnika: brak
Doping: a jakże, goście zrobili robotę
Piwo: brak
Catering: brak
Pamiątki: brak
Bilet: brak
Subiektywna ocena: 4/10

22/1920 Znicz Pruszków – Górnik Polkowice 25.10.2019

Miało być jak zawsze, a wyszło jak nigdy. Byłem na meczach, które przerywano przez awantury, racowiska, ulewy, burze ale jeszcze nie doświadczyłem zawodów, które zostały zdominowane przez… mgłę. Ustalmy, że była to mgła, a nie smog, żeby spójnie przejść przez sprawozdanie. Ale od początku.

Z przyczyn przeróżnych moja aktywność meczowa zmalała ostatnimi czasy, dlatego korzystając z wolnej chwili postanowiłem wybrać się na oddalony o 20 minut spacerem stadion pruszkowskiego Znicza (święto zmarłych za pasem, hehe), gdzie miejscowi podejmowali Górnik Polkowice w ramach rozgrywek II ligi. O ile w ciągu dnia temperatury – jak na drugą połowę października – są jeszcze bliższe letnim, to wieczory już takie bardziej kalendarzowe pod tym kątem, dlatego sezon na przedmeczową “setunie” w pobliskim parku należało zainaugurować właśnie dziś. Pod stadion doszedłem na chwilę przed pierwszym gwizdkiem, bilet udało się kupić – o dziwo – w mniej niż trzy minuty i już można było delektować się widokiem… A nie, już nie bardzo było czym się delektować bo po przestąpieniu bram oczom ukazała się unosząca nad murawą mgła.

Widoczność była ograniczona na tyle, że sędziowie poddali pod wątpliwość sens rozgrywania zawodów i pierwszy gwizdek odkładano w czasie kilkukrotnie. Warunki a to się poprawiały, a to pogarszały, po 35 minutach uznano jednak, że “spróbujemy”. Przez te nieco pół godziny oczekiwania na “niewiadomoco” zdążyłem jednak po raz kolejny przetestować tutejszą giętą stadionową, której to szerszą prezentację znajdziecie na fanpage’u – serdecznie zapraszam. W myślach doceniłem też zażycie przed meczem napoju wysokoprocentowego, bo o ile było w miarę ciepło, to jednak półgodzinna stagnacja mogła doprowadzić do wyziębienia organizmu. A nawet śmierci.

19:35 sędzia zagwizdał po raz pierwszy. Coś tam było widać, dlatego faktycznie przekładanie meczu byłoby irracjonalne, szczególnie że goście musieli pokonać ponad 400 km w jedną stronę aby znaleźć się na pruszkowskiej arenie. I zdaje się, że postanowili na przekór wszystkiemu wzbić się na wyżyny swoich możliwości, czego skutkiem było prowadzenie do przerwy 3:0. Warto dodać, że w pełni zasłużone.

W przerwie mgła znowu zaczęła grać pierwsze skrzypce, ale nic nie zapowiadało tragedii. A taka nastąpiła w 54. minucie, kiedy to z pozycji trybuny prasowej nie było już widać środka boiska, a kilka minut później widoczność była ograniczona do tego stopnia, że człowiek miał wrażenie przebywania w wiadrze śmietany. Mecz przerwano, w miarę upływu kolejnych minut sytuacja się nie poprawiała i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały przerwanie spotkania oraz dokończenie go w najbliższym sprzyjającym terminie. Wzorem większości widowni po kilkunastu minutach stagnacji pospieszyłem do domu, nie wierząc że cokolwiek dziś jeszcze się wydarzy, a i “setunia” chyba zaczęła przestać działać bo poczułem przeraźliwy chłód.

Po powrocie do domu spojrzałem jednak na najpoczytniejszy polski portal sportowy z minutami w tytule, i co widzę? Po ponad pół godzinie oczekiwania na “lepsze jutro” mgła odpuściła na tyle, że można było dokończyć zawody, a przy tym… działo się. Znicz dwoma bramkami skrócił dystans do Górnika, który to jednak w jednej z ostatnich akcji zdobył czwartą bramkę i trzy punkty jadą do Polkowic. Ciekaw jestem, ilu widzów oglądało końcówkę bo jeśli pierwotnie – co jest tutaj normą – mecz oglądała garść widzów, to strzelam, że ostatnie minuty widziała ilość osób do policzenia na palcach obu rąk.

Tak czy siak, cenne doświadczenie obcowania z mgłą zdobyte, spodziewałem się, że nie bardzo będę miał o czym pisać – a tu psikus.

I jeszcze ciekawostka – o ile klatka dla gości była pusta, to jednak na trybunach gospodarzy odnotowałem dwie osoby z szalikami klubu z Polkowic. Rzadki widok na polskich stadionach, aby barwy obcego klubu były tolerowane w sektorach gospodarzy, na Zniczu jednak wszystko jest na przekór. 🙂

Data: 25.10.2019
Mecz: Znicz Pruszków – Górnik Polkowice
Rozgrywki: II liga
Widzów: 300? (gości: chyba 2 🙂 )
Pirotechnika: natura odpaliła świece dymne
Doping: a po co? a komu to potrzebne?
Piwo: brak
Catering: tradycyjna pruszkowska gięta, 8 PLN
Pamiątki: brak
Bilet: 10 PLN normalny, 5 PLN ulgowy
Subiektywna ocena: 5/10

21/1920 Polska – Macedonia 13.10.2019

Truskawką na torcie – jak powiedziałby Gianni – był mecz reprezentacji Polski z Macedonią (Północną, chociaż dla mnie Macedonia to Macedonia i ch*j). Decyzja o wizytacji Stadionu Narodowego była bardzo spontaniczna i tzw. “na ostatnią chwilę”, podjęta z druhem Markiem przy wódeczce na kilkanaście godzin przed pierwszym gwizdkiem.

Muszę przyznać, że z naszą kadrą nie jest mi po drodze z bardzo wielu powodów. Po pierwsze, nigdy nie czułem się fanatycznym kibicem naszej reprezentacji. Być może dlatego, że wychowywałem się na kadrze, w której pierwsze skrzypce grali piłkarze pokroju Sylwestra Czereszewskiego, Tomasza Iwana czy Mirosława Trzeciaka, a na pierwszą wielką imprezę po 16 latach posuchy jechał Paweł Sibik z Odry Wodzisław (którą pan Zdzisław wiadomo co). Być może też dlatego, że jak już starałem się wkręcić kilka lat temu w ten trend reprezentacyjny to w przysłowiowe bambo zrobił mnie Alior Bank, który wydawał karty kibica i której to nigdy nie dostałem (a zapłaciłem i nie odzyskałem po dziś dzień bodajże 30 zł).

Sam do końca nie wiem, dlaczego tak, a nie inaczej, wiem natomiast że mecz z Macedonią miał być moim TRZECIM meczem pierwszej reprezentacji. I tu też mogę doszukać się kolejnych powodów tego stanu rzeczy, otóż… Pierwszym spotkaniem kadry był mecz towarzyski ze Szkocją w 2014 chyba roku, widowisko tak paskudne, w dodatku przerżnięte 0:1 że do teraz jak sobie o nim przypominam to mam lekki odruch wymiotny.

Drugie spotkanie to jesień 2016 roku i batalia z Armenią również na Narodowym. Tu już były plusy, bo nasze orły wygrały po bramce Lewandowskiego w doliczonym czasie, ale pojawia się też spory minus, który był spowodowany powyższym plusem… Otóż zgubiłem obrączkę ślubną, jakieś trzy miesiące po ceremonii i prawdopodobnie właśnie w trakcie fetowania gola naszej strzelby z Monachium.

I jak tu mieć ciśnienie na kadrę? No właśnie – srak. Ale nic to, dałem kolejną szansę naszym orłom – tym razem wuja Brzęczka.

Jak już wspomniałem, tym razem meczycho w duecie. Z druhem Markiem ustawka na dwie i pół godziny przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Pogoda była aż za dobra jak na październik, dlatego za punkt honoru postawiliśmy sobie szybki przedmeczowy grill na plaży nad Wisłą. Do zdarzenia doszło w asyście kilku piwek, w tak zwanym międzyczasie pośród tysiąca straganów okołostadionowych udało się kupić okolicznościowy, meczowy szal i byliśmy pod każdym kątem przygotowani, aby udać się pod kołowroty.

Byłoby zbyt pięknie, gdyby wszystko poszło jak trzeba. Podążając z resztkami złocistego trunku przywołał nas jeden z tysiąca mijanych radiowozów, którego załoga koniecznie chciała mnie ukarać za paradowanie z puszką w MIEJSCU PUBLICZNYM. Ostentacyjnie zgniotłem aluminiowy pojemnik tłumacząc, że chciałem go wyrzucić, ale w okolicy nie ma żadnego kosza… I to był prawdopodobnie strzał w dychę. Bo dzień wyborczy, bo nadzwyczajny stopień bezpieczeństwa i usunięto kosze na śmieci jako potencjalne narzędzia ataków… Gadka – szmatka, trafiło na całkiem ludzkich stróżów prawa więc jedynym minusem całego zajścia był stracony czas. Na szczęście – przy wejściu totalny brak kolejek, przed kołowrotami to samo, weszliśmy na Narodowy dosłownie minutę przed hymnami obu państw.

Właściwe miejsca zajęliśmy po kilku minutach, bowiem trzeba było zrobić pierwsze rozdanie w kwestiach piwnych, skutkiem czego za 12 PLN / sztuka mogliśmy się posiłkować CAŁKIEM NIEZŁYM Tyskim z nalewaka. W planach była jeszcze racja stricte żywnościowa, ale o tym później.

Na trybunach piknik, taki przez wielkie P i do kwadratu. Razem z druhem Markiem jesteśmy wychowani w kompletnie innych realiach kibicowskich, dlatego ta błazenada była momentami “do porzygu”, a zwieńczeniem tego cyrku było zwrócenie uwagi jakiegoś Janusza, że tu się nie pali (siedział co najmniej kilka metrów od nas). Ogólnie rzecz biorąc – byliśmy otoczeni ze wszech stron przez tabuny rodzin z dziećmi i klaunów z wuwuzelami i najlepszym z możliwych ruchów, jakie tego dnia zrobiliśmy to pójście na koronę stadionu i zapewnienie sobie niezaburzonej przestrzeni. Jedynym minusem był widok piłkarzy w formie pikseli, ale co tam, co tam.

Piłkarze, mimo upływającego czasu mocno męczyli “bułę” i za cholerę nic nie chciało wpaść do sieci. Z góry wiadomo było, że w przypadku wygranej na 99% jedziemy na Euro dlatego poziom wkurwienia z bezbramkowego remisu rósł i rósł. Z zamysłem świętowania promocji na międzynarodowe – tym razem – mistrzostwa Europy szliśmy na mecz, dlatego ewentualny podział punktów prawdopodobnie zniechęciłby mnie na kolejne kilka lat od wizyty na kadrze, stało się na szczęście inaczej. Po bramkach Frankowskiego i Milka na przestrzeni kilku minut pokonaliśmy Macedonię i awans stał się faktem. Jakiegoś przesadnego świętowania nie było, po kilku minutach od końcowego gwizdka stadion w zasadzie się wyludnił. Może to dlatego, że ten awans był psim obowiązkiem, biorąc pod uwagę jakość rywali w grupie, a po drugie fakt, że na najbliższe EURO jedzie – dosłownie – pół Europy?

Niesmak jest. Brak konkretnego dopingu na kadrze u siebie boli, bo trzy czy cztery czerstwe przyśpiewki to generalnie wstyd dla tak rozwiniętej kibicowsko nacji jak nasza. Na plus – po pierwsze bramce jakichś dwóch świrów w sektorze obok coś odpaliło, nie rozjaśni to jednak ogólnego paskudnego stylu trybun na domowych meczach reprezentacji Polski. I ta cena za bilet – 140 PLN, na Boga…

Najbliższa okazja na kadrę – w moim przypadku – w czerwcu przyszłego roku. Mam wylosowany bilet na mecz fazy grupowej EURO w Budapeszcie. Jedyne, co musi się stać to wylosowanie Polski do grupy F, a potem to już 50-50, że akurat ten mecz będzie z udziałem Polaków. 🙂 Na Narodowy kolejny raz pewnie za jakieś trzy lata. 🙂

I już miałem kończyć, a przecież coś o żywieniu na polskiej świątyni piłkarskiej zapowiadałem. Dla odmiany dziś zażyliśmy zapiekankę, która w zestawie z piwkiem kosztowała 23 PLN i była ogromnym zaskoczeniem in plus – pyszna, wypieczona w sam raz, szapoba! Chociaż tyle dobrego. 🙂

Data: 13.10.2019
Mecz: Polska – Macedonia Północna
Rozgrywki: el. ME
Widzów: 52894 (gości: jednostki)
Pirotechnika: pojedyncze ogniska 🙂
Doping: paskudny, ale był
Piwo: 12 PLN, nienajgorsze
Catering: był, zapieksy bardzo dobre
Pamiątki: mnóstwo przed stadionem
Bilet: 140 PLN, kogoś “poniesło”
Subiektywna ocena: 7/10

20/1920 Siarka Tarnobrzeg – Motor Lublin 12.10.2019

Jak już wspomniałem w poprzednim wpisie, musiałem szybko przetransferować się z Krakowa do Tarnobrzega, gdzie o 15:00 miejscowa Siarka podejmowała mój Motor. Czas, jaki miałem na całą operację wynosił około dwie i pół godziny, Mapy Google wskazywały na nieco ponad dwie więc to nie miało prawa się nie udać. Ostatecznie dojechałem na miejsce piętnaście minut przed pierwszym gwizdkiem i zdążyłem jeszcze kupić bilet oraz zjeść giętą już na obiekcie. 🙂

Była to moja pierwsza meczowa wizyta w Polskiej stolicy siarki. Stadion z dwiema trybunami, w tym jedną główną, zadaszoną to takie – w mojej opinii – optimum w stosunku do wielkości miasta i tutejszego zapotrzebowania na futbol. Nie mogę co prawda znaleźć dokładnych danych co do frekwencji tego dnia, ale wizualnie strzelam że mecz obejrzało w okolicach 1500 widzów, wliczając w to ponad 250 osobową grupę fanów Motoru (wspomaganych delegacjami z Zamościa i Wrocławia). Jak określili się kibice Siarki, aktywnie dopingowało ich tego dnia 150 osób. Szkoda tylko, że w pierwszych minutach spotkania panowała totalna cisza, bo gospodarze ruszyli z dopingiem dopiero po bramce dla swojej drużyny, natomiast Lublinianie około 60. minuty (dojechali pod stadion pod koniec pierwszej połowy).

Nie ukrywam, że ciężko się ogląda spotkanie swojego klubu wśród kibiców drużyny przeciwnej, dlatego musiałem się mocno zapierać przed radością po dwóch bramkach, które ostatecznie dały Motorowi komplet punktów. 🙂 Nie miałem jednak możliwości, aby znaleźć się w klatce, dlatego cieszę się z samego faktu uczestnictwa w wyjazdowym meczu. Już drugim z resztą w tym sezonie, takiej serii nie miałem od blisku piętnastu lat, a w planach na samą rundę jesienną jest jeszcze wyjazd na KSZO za niecały miesiąc.

Wspomniałem o przedmeczowej giętej. Była potężna, co uwidoczniłem na fanpejdżu w raporcie na gorąco, smakowo jednak taka mocna trója w skali szkolnej. Za dziesięć złotych nie ma co jednak wybrzydzać, sam fakt jej obecności na tarnobrzeskim stadionie to już dużo. Jeden z kolegów – groundhopperów poinformował mnie, że na Siarce dostępne są też bigos i piwko, ale takowych nie uświadczyłem i jedyne, czym jeszcze dysponował lokalny catering to zimne napoje. Plan minimum zrealizowany.

Liczyłem na trochę lepszy spektakl kibicowski, ale w tym przypadku najważniejsze, że były obie ekipy, które nie szczędziły gardeł, pojawiło się też trochę uprzejmości, szczególnie ze strony kibiców Lublina – co lekko podsyciło atmosferę. Najważniejsze dla mnie, że Motor wywozi z ciężkiego terenu komplet punktów, który może mieć olbrzymi wpływ na końcową tabelę (obie ekipy to główni kandydaci do awansu).

Ciekawostka na koniec – arbiter pokazał tego dnia aż trzynaście żółtych kartek, z których dwie zamieniły się w czerwoną dla jednego z piłkarzy Siarki, także – działo się. 🙂

TYLKO MOTOR!

Data: 12.10.2019
Mecz: Siarka Tarnobrzeg – Motor Lublin
Rozgrywki: III liga, grupa IV
Widzów: 1500? (gości: 260, w tym Hetman Zamość i Śląsk Wrocław)
Pirotechnika: brak
Doping: obustronny
Piwo: brak
Catering: gięta jak w opisie + zimne napoje
Pamiątki: brak
Bilet: normalny 12 zł
Subiektywna ocena: 6/10

19/1920 Wieczysta Kraków – Kmita Zabierzów 12.10.2019

Jak powszechnie wiadomo – kolekcjonuję wszelkiej maści pamiątki piłkarskie i czynnie biorę udział w eventach z tym związanych, dlatego 12 października udałem się do Krakowa na Giełdę Kolekcjonerów Pamiątek Piłkarskich. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie zaplanował przy okazji jakiegoś meczingu, a pierwszym celem była krakowska Wieczysta, o której coś tam wcześniej wiedziałem, ale wciąż pozostawała zagadką.

Sobota, punkt południe, pogoda jak na październik wspaniała bo świeciło pełne słońce, a termometr wskazywał okolice dwudziestej kreski na plusie. Po dojeździe na obiekty Wieczystej zastał mnie kameralny stadion w stylu “mocno retro”. Jako, że cenię sobie tego typu obiekty naznaczone duchem czasu, pospiesznie rozpocząłem zwiedzanie, bo do pierwszego gwizdka pozostawało jeszcze niecałe pół godziny.

Sam klub to spora ciekawostka. Zasłyszałem, że prywatny inwestor wjechał tu “z buta” z niemałymi podobno – jak na ligę okręgową – funduszami, dlatego w Wieczystej gra kilka nazwisk z przeszłością ekstraklasową, natomiast trenerem jest powszechnie znany i lubiany Przemysław “bo jest kurwa słaby” Cecherz. Wspaniała mieszanka, dość mocno kontrastująca z okolicznościami infrastrukturalno – rozgrywkowymi.

Na trybunie kolorowo, kilkanaście minut przed meczem powieszono na płocie flagę, natomiast nad sektorem już wcześniej powiewały płótna na kijach w barwach klubowych. Jednak największym zaskoczeniem była pirotechnika, która pojawiła się wraz z pierwszym gwizdkiem sędziego. W połączeniu z – mimo wszystko – folklorem dało to niesamowity efekt, co widać na zdjęciu powyżej. Dodatkową atrakcją trybuny była starsza Pani – jeśli mnie pamięć nie myli – Grażynka, która żywiołowo robiła doping przyśpiewkami na tak zwanym “freestylu” typu “WIEEEECZYSTAAA NAJLEPSZAAA JEEEEEST”. Lokalna królowa – bez dwóch zdań. 🙂

Piłkarsko klub zaprezentował się równie dobrze, bo pomimo tego, że byłem na meczu niecałe pół godziny, to gospodarze zdążyli zaaplikować trzy bramki. Rywalem był nie byle kto, bo Kmita Zabierzów, który kilkanaście lat temu występował nawet na zapleczu ekstraklasy. Co okazało się później, końcowy wynik to 12:0, także sporo mnie ominęło.

Słowem zakończenia – klub i stadion bardzo klimatyczne, fajnie się to oglądało, szkoda tylko, że mogłem być jedynie niecałe 30 minut…

…a to dlatego że o 15:00 rozpoczynał się mecz w Tarnobrzegu i trzeba było zrobić szybki, międzywojewódzki transfer. 🙂

P.S. Wielkie podziękowania dla – prawdopodobnie – kierownika klubu, który ogarnął mi pamiątkowy szalik!

Data: 12.10.2019
Mecz: Wieczysta Kraków – Kmita Zabierzów
Rozgrywki: małopolska liga okręgowa
Widzów: 200 (gości: raczej brak)
Pirotechnika: tak
Doping: tak
Piwo: nie uświadczyłem
Catering: tylko dla “VIPów”
Pamiątki: udało się wyczarować szal typu pasiak
Bilet: brak
Subiektywna ocena: 6/10

18/1920 Jutrzenka Mokra Prawa – Victoria Zabostów 05.10.2019

Ostatnim przystankiem podskierniewicko-łowickich przygód piłkarskich była wieś o wdzięcznej nazwie Mokra Prawa, która jest siedzibą “beklasowego” klubu Jutrzenka. O tym, że są to odmęty ligowego futbolu niech poświadczy fakt, że spaść z tej ligi się nie da (bo niżej nie ma już nic). Oczy mi się zaszkliły z radości, bo nie ma nic lepszego jak wiejska, ósmoligowa rąbanka i na taką się nastawiałem.

Do Mokrej Prawej zajechałem punktualnie. Spodziewałem się problemu ze znalezieniem lokalnej areny, rzeczywistość zaskoczyła mnie jednak na plus. Boisko położone przy lokalnej drodze, otoczone z pozostałych stron gruntami rolnymi czyli wszystko na swoim miejscu. 🙂 Do tego dwie ławki rezerwowych, które zostały w bliższej lub dalszej przeszłości pozbawione daszków, oddalony o kilkadziesiąt metrów budynek z szatniami… I to by było na tyle. 🙂

Ciekawym rozwiązaniem są miejsca siedzące. W Mokrej Prawej nie ma z tym problemu, pod warunkiem, że… przyniesiesz je sobie sam. Na taki pomysł wpadło kilku lokalnych kibiców starszej daty, którzy mieli ze sobą krzesełka i raczyli się widowiskiem z pozycji siedzącej. Reszta patrzyła z zazdrością. 🙂 Warto też wspomnieć, że samo boisko jest pozbawione jakiegokolwiek, choćby najmniejszego ogrodzenia co skutkowało tym, że sędzia liniowy biegał na kilkanaście centrymetrów przede mną, ale nie wchodziliśmy sobie w drogę. 🙂 Warunki idealne do tzw. “wjazdu na murawę”, tylko po co? 🙂

Lokalni boiskowi gladiatorzy zaczęli mecz w miarę wyrównanie, obie ekipy miałe swoje okazje (wykorzystali po jednej), ale w większości przypadków do skutecznego finalizowania akcji brakowało przede wszystkim umiejętności. Poziomu rozgrywkowego niestety nie da się oszukać, w tych warunkach wygrywa się zaangażowaniem i ostatecznie to miejscowej Jutrzence “chciało się bardziej”, bowiem końcowy rezultat to 3:1 dla gospodarzy. Na nic zdały się żywiołowe wskazówki prawdopodobnie PANI trener Victorii (proszę o zweryfikowanie, czy to faktycznie opiekun drużyny z Zabostowa :).

Na koniec pochwalę się, że dołożyłem swoją cegiełkę do sprawnego rozegrania zawodów. A było tak, że w okolicach piętnastej minuty piłka po opuszczeniu boiska wpadła do pobliskiego rowu, a ja heroicznie ruszyłem aby ją stamtąd wydostać. Zawody mogły być zatem kontynuowane, tak było, nie zmyślam. 🙂

Ogólnie – podobało mi się bardzo, bo jak wiadomo – nie ma nic lepszego niż ósma liga mistrzów, szczególnie w tak folklorystycznym opakowaniu. Pozdrawiam piłkarzy i sztab obu drużyn, życząc zdrowia i ciągłej frajdy z “haratania w gałę”. 🙂 Serwus!

Data: 05.10.2019
Mecz:  Jutrzenka Mokra Prawa – Victoria Zabostów
Rozgrywki: skierniewicka klasa B
Widzów: ~30 (gości: ciężko stwierdzić)
Pirotechnika: brak
Doping: brak
Piwo: brak
Catering: brak
Pamiątki: brak
Bilet: brak
Subiektywna ocena: 3/10

17/1920 Macovia Maków – Zryw Wygoda 05.10.2019

Po łowickich przygodach postanowiłem przeczesać 90minut w poszukiwaniu kolejnego “wyzwania” w granicach kilkunastu kilometrów. Dość szybki research obrodził mi w dwa wydarzenia nieopodal Skierniewic, a więc nie dalej jak 20 kilometrów od punktu startowego. Pierwszy z meczów rozpoczynał się o 13:00, drugi godzinę później więc po połóweczce na każdym obiekcie i dzień meczowy można było uznać za udany.

A zacząłem od Makowa, gdzie w ramach skierniewickiej ligi okręgowej lokalna Macovia podejmowała Zryw Wygoda. Warto dodać, że pierwsze informacje zaprowadziły mnie do pobliskich Łyszkowic, gdzie mecze do tej pory rozgrywali gospodarze ale na miejscu zastałem jedynie głuchą ciszę, więc zrobiłem drugi research i skierowałem się już do właściwego celu. 🙂

Przyznam, że o obu ekipiach nie wiedziałem absolutnie nic, tak pod kątem sportowym, jak i kibicowskim więc zagadka była podwójna. Miejscowy obiekt zaskoczył in plus. Gładziutka murawa, nowa bieżna i schludna trybuna na kilkadziesiąt miejsc sprawiały wrażenie, jakby były świeżo po budowie lub remoncie. I właśnie tak było, jak później ustaliłem przeczesując internet. Być może właśnie dlatego na początku skierowałem się do wspomnianych Łyszkowic, w których to Macovia miała swoją arenę zastępczą na czas renowacji obecnego obiektu.

Atrakcji jako takich nie uświadczyłem. Ot, ciekawy mecz w obecności około setki widzów, niestety w kompletnej ciszy. Cateringu brak, pamiątki jakieś Macovia wydawała ale na meczu niedostępne. Pytałem internetowo o możliwość nabycia szalika ale do tej pory nikt mi nie odpisał, a szkoda, bo byłby to dla mnie magnes żeby ponownie do poskierniewickiego Makowa.

Jak wspomniałem, planowałem spędzić tu tylko pierwszą połowę i tak się właśnie stało. Po 45 minutach obróciłem się się na pięcie i przemieściłem kilka kilometrów w stronę Skierniewic, gdzie czekał na mnie piłkarski folklor przez wielkie F. 🙂

Data: 05.10.2019
Mecz: Macovia Maków – Zryw Wygoda
Rozgrywki: skierniewicka liga okręgowa
Widzów: ~100 (gości: nieujawnieni)
Pirotechnika: brak
Doping: brak
Piwo: brak
Catering: brak
Pamiątki: brak
Bilet: brak
Subiektywna ocena: 2/10