06/2021 Śląsk II Wrocław – Motor Lublin 30.09.2020

Uwaga – wpis będzie nieobiektywny – byłem jedną ze “stron” tego wydarzenia. 🙂

“Miała matka syna, syna jedynego…” niosło się gromko ostatniego dnia września nad Wrocławiem. Tych synów w mojej kolejnej kibicowskiej przygodzie uczestniczyło niespełna tysiąc, a mowa o meczu rezerw Śląska Wrocław z Motorem Lublin, czyli spotkaniu drużyn, których kibice przyjaźnią się od ponad już trzydziestu lat.

I pod tym kątem planowałem swój wyjazd do Wrocławia. Duch Futbolniętego niemal w całości pozostał tego dnia w Pruszkowie, do stolicy Dolnego Śląska wybrał się natomiast alter ego, czyli Łukasz, kibic Motoru od dwudziestu już lat.

Nie chciałem jednak całkowicie pomijać tutaj tej przygody, gdyż atmosfera i zabawa na trybunach była przednia. Nie chcąc zdradzać wszystkiego, pominę więc kilka ciekawych scen, które wydarzyły się tego dnia przy Oporowskiej, skupię się jedynie na tym, co w większości można znaleźć w szeroko pojętych mediach.

Kluczową informacją w całej tej historii jest fakt, że mecz zaplanowano… na środę… na 12:00… Nie chcę dociekać, kto i z czym się na łby pozamieniał planując TAKI mecz o TAKIEJ godzinie, prawdą jest jednak, że jeśli chodziło o jak najmniejszą widownię to – że tak powiem – nie pykło.

Ja jednak byłem prawdopodobnie jedyną osobą, której ta godzinowa fanaberia odpowiadała, bo na spokojnie mogłem odstawić rano dziecię do żłoba, wsiąść w samochód i przejechać ponad 300 kilometrową podróż bez większego stresu o ewentualne spóźnienie. A po meczu na spokojnie – jeszcze przed zachodem słońca wrócić do domu, nie włócząc się po całej Polsce przez całą noc, jak przy mojej ostatniej wizycie we Wrocławiu.

Założyłem sobie, że na Oporowskiej zamelduję się pół godziny przed pierwszym gwizdkiem, realia były jednak takie, że przez nikogo niepokojony leciałem sobie niemalże pustą trasą 150-160 km/h i do celu dotarłem blisko godzinę wcześniej. Chwilkę się pokręciłem, zbiłem parę piątek z kilkoma znajomymi kibicami z Lublina i razem z resztą braci zasiedliśmy na krytej trybunie legendarnego obiektu Śląska.

A tam to już melanż pełną gębą, kilogramy pirotechniki, doping całkiem przyzwoity, biorąc pod uwagę że część kibiców z Lublina biesiadowało we “Wrocku” już minionego dnia… I w tym wszystkim ja – tak bardzo żałujący, że byłem autem… 🙂

Nie będę ukrywał, że nieszczególnie wiem, co działo się na boisku. Jedyne, co wychwyciłem to kolejny remis “po jeden” lubelskich gladiatorów plus zasłyszałem, że znowu ciężko było oglądać tę padlinę. Nie wiem, nie oceniam, ciężko skupić się na przebiegu spotkania będąc albo pod sektorówką, albo operując “machajką”, albo być spowitym dymem z rac. Niczego nie żałuję. 🙂

Z mojej perspektywy w tym pojedynku pod kątem wydarzeń okołomeczowych było wszystko, włącznie z plecakiem pełnym fantów, a największą wartością dodaną całej operacji jest fakt, że ten – niekoniecznie najbliższy – wyjazd zajął mi łącznie dziesięć godzin.

Żeby nie było tak słodko – po ostatnim gwizdku pokazówkę musiała urządzić sobie miejscowa milicja, która zrobiła selekcję wśród wychodzących widzów. Kobiety, seniorzy i ojcowie z dziećmi mogli spokojnie opuścić obiekt, cała reszta była legitymowana jako osoby potencjalnie biorące udział w przestępczym procederze używania pirotechniki. A że nie załapałem się do wyżej wymienionych grup uprzywilejowanych, mogę się spodziewać jakiegoś wezwanka na komendę w charakterze świadka i będzie mnie czekać kolejna wycieczka do Wrocka. 🙂

Byleby tego dnia rozgrywały się w pobliżu jakieś mecze. 🙂

OD LAT WIELU AŻ DO ŚWIATA KOŃCA – WŁADCY WSCHODU I DOLNEGO ŚLĄSKA! AUUUU!

P.S. Galerii nie będzie, to nie był czas i miejsce na paradowanie ze smartfonem. 🙂

P.S. #2: częściowym sponsorem mojej wycieczki był program lojalnościowy PayBack, tyle punktów nakisiłem przez ostatnie miesiące, że “za darmo” zatankowałem pełen bak paliwa który to wystarczył na prawie całą operację meczową. 🙂

Data i miejsce: 30.09.2020 Wrocław (Oporowska)
Mecz: Śląsk II Wrocław – Motor Lublin
Rozgrywki: II liga
Widzów: podobno 698, po mojemu nieco więcej, bliżej czterech cyfr
Doping: i to jaki!
Pirotechnika: dużo 🙂
Piwo: niekończące się ilości
Catering: grill na przyzwoitym poziomie, dla mnie bezpłatnie “Motor nie płaci” 🙂
Pamiątki: trochę w sektorze, trochę w przystadionowym fanshopie
Bilet: 10 PLN
Subiektywna ocena: 9/10

05/2021 Skra Częstochowa – Motor Lublin 19.09.2020

Coraz częściej mnie widać ostatnio w Częstochowie. 🙂 Nie jest to dziełem wielkiego przypadku, wszak – jak już chyba wspominałem – pod Jasną Górą zamieszkuje rodzina mojej małżonki, a jeśli dodamy do tego fakt, że miejscowa Skra podejmowała na swoim obiekcie lubelski Motor… To nie mogło mnie zabraknąć na Lorecie, jak pieszczotliwie mówi się o “kompaktowym” stadionie drugiej piłkarskiej siły w Częstochowie.

Po raz pierwszy uznałem, że mój projekt Futbolnięty zaczyna zmierzać w jakimś konkretnym kierunku, dlatego złożyłem wniosek o przyznanie akredytacji dla mediów, aby mieć odrobinę większe możliwości poznania wizytowanego przeze mnie klubu. Na 48 godzin przed pierwszym gwizdkiem z uwagi na brak reakcji ze strony Skry przezornie zakupiłem jeszcze wejściówkę przez internet, a niewiele później otrzymałem informację o przyznaniu akredytacji… W związku z czym formalnie byłem na meczu podwójnie, prawie jak na położonym nieopodal stadionie Stradomia, gdzie kupując kilka tygodni temu trzy “cegiełki” byłem liczony do frekwencji jako trzy osoby. 🙂 Sumując – zasiliłem klubową kasę kwotą dwunastu złotych i nie skorzystałem z zakupionego biletu – nie ma za co. 🙂

Na “kieszonkowy” stadion Skry dotarłem pół godziny przed pierwszym gwizdkiem. Blisko dwukilometrową drogę z centrum Częstochowy, gdzie miałem “bazę noclegową” przebyłem w nieco ponad dwadzieścia minut, umilając sobie spacer poziomkową “setunią”. Przed obiektem pokaz siły postanowiła zaprezentować miejscowa policja, która mając w posiadaniu patrole konne, sporo jednostek zmechanizowanych i jeszcze więcej piechoty spodziewała się chyba niezliczonych ilości kiboli z Lublina. Lekko się przeliczyli, bowiem zjawiłem się chyba tylko ja, nie dość że incognito to jeszcze “służbowo”, także “panowie władza” wynudzili się przez dziewięćdziesiąt minut po wsze czasy.

Wejście na “Stolzle Stadion” – jak oficjalnie nazywa się arena Skry – bez zbędnych przygód. Po sprawdzeniu przez przemiłego pana ochroniarza, czy jestem na liście uprawionych do wejścia na sektor “Media – VIP” uchylono mi bramę do tego lokalnego raju i przez nikogo niepokojony mogłem już zażywać piłkarskiego widowiska przez kolejne dwie godziny.

Słowo jeszcze o obiekcie – celowo używałem powyżej przymiotników typu “kompaktowy” czy “kieszonkowy”, bowiem Loreta ma pojemność niespełna tysiąca widzów, z czego trybuny głównej z przeciwnej strony boiska prawie nie widać, raptem dwa lub trzy rzędy miejsc które sprawiają wrażenie boiska treningowego. Ma to jednak swój urok, ja osobiście bardzo lubię takie “kwiatki” na centralnym poziomie rozgrywkowym, niemniej jednak fanom piłki “z pompą” nie polecam. 🙂

Całości dopełnia sztuczna murawa, której sami aktorzy główni zawodów raczej nie lubią, ale grać trzeba. I pograli całkiem przyjemnie dla oka, użyję tu wspomianego już wcześniej frazesu, że obie drużyny “chciały grać w piłkę”. Pierwsza połowa stała pod znakiem lekkiej dominacji miejscowych, Motor poza jedną konkretną sytuacją w postaci obitego słupka po strzale Świderskiego w zasadzie nie zagroził Częstochowianom. Druga połowa to już blitzkrieg drużyny Motoru, przez ostatnie pół godziny meczu ciężko mi było przypomnieć sobie ofensywę Skry na połowie Lublinian. Jedyną możliwością przechylenia szali na swoją korzyść Skra miała już w doliczonym czasie gry, a wszystko to działo się po drugiej żółtej kartce Marcina Michoty, piłkarza Motoru. “Trenerze, przepraszam, nie miałem wyjścia” rzekł obrońca Motoru po zejściu z murawy do trenera Hajdy, co było bardzo wymowne.

Kończąc aspekt stricte sportowy – ciężko stwierdzić, dla kogo ten remis był stratą punktów. Obie drużyny pokazały swoje dwa oblicza, szczególnie Motor pokazał, że po raz kolejny na drugą połowę wybiega zupełnie inna drużyna. Skra gra kolektywem – próżno szukać w jej kadrze nazwisk znanych przeciętynym zjadaczom chleba, mimo to stanowią zgraną, spójną drużynę z pomysłem na grę. Piłkarze Motoru natomiast strasznie elektryczni, i nie ma co ukrywać że “nazwiska”, po których oczekuje się najwięcej kolokwialnie mówiąc “dają dupy”. Nie chcę przywoływać nazwisk, bo kto widział wszystkie mecze bieżącego sezonu ten wie, o kim mowa, pozostaje liczyć jednak że lada moment to wszystko się zazębi i lubliniane zaczną grać na miarę swoich możliwości – a te są spore.

A teraz czas na to, co Futbolnięty lubi najbardziej, czyli otoczka meczowa. Pandemiczne realia niestety dają się we znaki, co poskutkowało znikomą ilością dodatkowych wrażeń. Próżno było szukać jakiegokolwiek cateringu, chętnie bym się dowiedział czy to norma, czy tylko kowidowa przywara, nie sposób było też znaleźć jakiegokolwiek źródła zakupu nawet najmniejszej pamiątki klubowej… A jak wracam z “roboty” bez nowego szalika, to jestem zły. W przerwie meczu pytałem miejscowych oficjeli, czy istnieje jakakolwiek możliwość nabycia czegokolwiek, to jeden z Panów uciął temat krótko, że “nie”, drugi zaś, że może będzie taka możliwość, ale może w październiku, i jak coś to tylko przez internet, bo wirus… Są jednak obiekty w Polsce, gdzie pandemia nie przeszkadza ani w cateringu, ani w sprzedaży pamiątek… Byłem gotów zostawić kilkadziesiąt dodatkowych złotych w klubowej kasie, niestety nie było mi to dane.

A już najsmutniejszym momentem był fakt, kiedy dowiedziałem się, że muszę zwrócić przy wyjściu otrzymaną smyczkę z akredytacją, w związku z czym poza dokumentacją fotograficzną (na tzw. “dniach” dostępną na fejsbukowym fanpejdżu) wracałem z meczu “na pusto”.

Rzecz jeszcze o kibicach, bo mimo mizernej frekwencji, która na Lorecie jest normą odnotowałem zalążek fanatyzmu. W centralnym punkcie trybuny wprawne oko mogło dostrzec grupkę osób z dwiema flagami, niemniej jednak całość została dopełniona jedynie jednym okrzykiem tuż po rozpoczęciu meczu… Więc na tym polu też mizeria.

Z tego miejsca pragnę podziękować klubowi za przyznanie akredytacji, niemniej jednak nie odnotowałem z tego tytułu jakiegokolwiek profitu, szczególnie że równolegle i tak zapłaciłem 12 zł za niewykorzystany bilet. Realia są, jakie są, spodziewałem się jednak czegoś więcej, a żeby było śmieszniej to umiejscowienie sektora MEDIA – VIP dysponuje znacznie gorszą widocznością niż większość miejsc na ogólnodostępnej trybunie. Chciałoby się rzecz, że nie polecam… Ale zobaczymy, czy faktycznie w październiku będzie możliwość nabycia drobnych pamiątek, wtedy zweryfikuję moją ocenę.

Tymczasem projekt “Rumunia 2020” wkracza w decydującą fazę, ale o szczegółach dowiecie się na fejsbukowym fanpejdżu. 🙂

Data i miejsce: 19.09.2020 Częstochowa
Mecz: Skra Częstochowa – Motor Lublin
Rozgrywki: II liga
Widzów: jeszcze nie podano oficjalnie, ale po mojemu około 200-300 osób
Doping: symboliczny (jeden okrzyk kilku osób po rozpoczęciu meczu)
Pirotechnika: brak
Piwo: nie wykryto
Catering: jak wyżej
Pamiątki: niestety…
Bilet: akredytacja, poza tym 12 PLN bez zniżek
Subiektywna ocena: 5/10

04/2021 Avia Świdnik – Podlasie Biała Podlaska 22.08.2020

Przygoda z bohaterem poprzedniego wpisu, czyli Świdnikiem Małym dobiegła końca po pierwszej połowie zawodów, ponieważ w kolejce do wizytacji czekał sąsiedni większy Świdnik, po prostu Świdnik. Pierwsza połowa w Małym zakończyła się kwadrans przed siedemnastą, o pełnej natomiast rozpoczynał się mecz Avii Świdnik z Podlasiem Biała Podlaska, odległość do przemieszczenia to jakieś cztery kilometry, czas operacyjny 15 minut… Nie ma lipy, jak mawia Robert Burneika.

Pogoda niezmiennie rozpieszczała aż z nawiązką, obiekt Avii miał jednak ten atut, że oferował sporo zacienionej powierzchni. Udało się dotrzeć jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, a nawet przed wyjściem piłkarzy obu drużyn na murawę, dlatego wolne kilka chwil poświęciłem na przespacerowaniu się po głównej trybunie, jedynej otwartej tego dnia dla publiki.

Zanim jednak znalazłem się na świdnickiej arenie, spotkała mnie niemiła niespodzianka, którą był wstęp wolny. Żadnych biletów, cegiełek, nic z tych rzeczy, co wprawiło w osłupienie bo przez wiele lat – z tego co ustaliłem – wejście na mecze Avii wiązało się z kosztem i wynikającym z tego pamiątkowym biletem. Dla jednych plus, dla mnie – bileciarza – wielka szkoda.

Fanatyków Avii tego dnia na meczu nie było, nie prowadzili dopingu, nie działo się absolutnie nic. Gdzieś tam kiedyś słyszałem przyśpiewkę, że “Aviunia ekipa widmo”, co tego dnia mocno się potwierdziło. 🙂

Na przeciwległym biegunie byli zaś kibice z Białej Podlaskiej, których w okolicach piętnastej minuty udało mi się dostrzec przy wejściu na sektor gości, a w zasadzie usłyszeć bo gdzieś w oddali zaśpiewano “pozdrowienia do więzienia” i byłem pewien, że nie są to wokalne popisy ekipy z lotniczego miasta. Fani Podlasia w sile około trzydziestu osób nie weszli jednak na obiekt i zawinęli się w drogę powrotną.

Ale dość pastwienia się nad żółto-niebieskimi, przejdźmy do sfery sportowej bo to jedyne, czym tego dnia mógł się pochwalić stadion Avii, swoją drogą bardzo ładny, kameralny i jakby skrojony pod czwarty poziom rozgrywkowy. Tak jak i drużyna, która jest etatowym bywalcem tej klasy ligowej, czyli za słaba na II ligę i zdecydowanie za mocna na rozgrywki “piętro niżej”. W szeregach Avii kilka rozpoznawalnych nazwisk na lokalnym “rynku” w osobach Białka, Szpaka, Oziemczuka czy Sobieszczyka, ale warto skupić się szczególnie na tym pierwszym.

Wojciech Białek, lat już 38 to lokalny obieżyświat, snajper co się zowie i – można by rzec – miejscowa legenda. W Avii łącznie rozegrał osiem sezonów, w trakcie których strzelił grubo ponad sto bramek, a dorobek snajperski mimo słusznego już wieku ciągle rośnie. Chylę czoła.

Tego dnia Pan Wojciech zanotował hat-trick z plusem i minusem. Plus – wyjątkowej urody gol z rzutu wolnego, minus – przestrzelona jedenastka, po której do dziś słyszę dźwięk obitej poprzeczki. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby Białek grał w Bundeslidze, to tego dnia dostałby od Kickera “jedynkę”.

Właściwie to cała drużyna gospodarzy zasługuje na pochwały, wynik końcowy to 6:1 i świetnie się oglądało miejscową, nad wyraz skuteczną drużynę. Podlasie od pierwszych minut nie miało żadnych argumentów, żeby powalczyć tego dnia z Avią i ostateczny rezultat wydaje się być idealnym obrazem tej potyczki. Za sportowe fajerwerki wielki plus dla Avii, i to by było na tyle jeśli chodzi o pochwały.

Na trybunach zatem cisza, żadnych atrakcji okołomeczowych, gdyby nie strzelanina na murawie to byłby to jeden z najgorszych meczów jakich doświadczyłem w całej mojej groundhopperskiej przygodzie.

Z futbolniętego obowiązku – trenerem Avii jest Łukasz Mierzejewski, mistrz Europy U18 z 2001 roku, mający na koncie 225 występów i 13 bramek w Ekstraklasie, mający także epizody w klubach z Grecji i Chorwacji.

Więcej grzechów nie pamiętam. 🙂

Data i miejsce: 22.08.2020 Świdnik
Mecz: Avia Świdnik – Podlasie Biała Podlaska
Rozgrywki: III liga, grupa IV
Widzów: podobno 500, ale według mnie odrobinę mniej
Doping: brak (poza pojedynczymi okrzykami gości w oddali)
Pirotechnika: brak brak
Piwo: brak brak brak
Catering: brak brak brak brak
Pamiątki: braaaaaaak
Bilet: brak…
Subiektywna ocena: 3/10

03/2021 Świdniczanka Świdnik Mały – Granit Bychawa 22.08.2020

Wykorzystywania rodzinnych wyjazdów do celów meczowych ciąg dalszy. 🙂 Tym razem padło na lubelskie, z którego to stolicy pochodzę i w której to mieszkałem ćwierć wieku. “Grafik” tradycyjnie napięty, ale jakoś udało się wykrzesać kilka godzin i zaliczyć mecze dwóch klubów, niestety oba spotkania w niepełnym wymiarze czasowym.

Na pierwszy ogień poszła Świdniczanka Świdnik Mały, grupa druga lubelskiej IV ligi. Klub bez większej historii, napakowany jednak lokalnymi “nazwiskami” zarówno na murawie, jak i ławce trenerskiej. Brzmi i wygląda to jak ciekawy projekt, który oprócz jakości sportowej może pochwalić się również ciekawą otoczką okołosportową – witryna internetowa klubu wygląda co najmniej trzecioligowo, logotyp – prawdopodobnie w ostatnich latach znacznie odświeżony, a do tego uroczy obiekt domowych zmagań, zwany Neptun Areną (ma to związek z głównym sponsorem klubu).

Zawody Świdniczanki, która podejmowała tego dnia Granit Bychawa przywitały mnie temperaturą w okolicach trzydziestej kreski na plusie. O jakimkolwiek cieniu na Neptun Arenie można było zapomnieć, dlatego co się upociłem, to moje. Na piętnaście minut przed pierwszym gwizdkiem samochodów na przyboiskowym parkingu było już sporo, frekwencja zatem – jak na lokalne warunki – zapowiadała się całkiem obiecująco. Najlepsze nadchodziło jednak wraz z upływającym czasem i w momencie rozpoczęcia meczu było już – strzelam – jakieś dwie setki widzów, co na tej kameralnej arenie robiło całkiem dobre wrażenie.

Byłbym zapomniał – na wejściu bardzo miła niespodzianka w postaci biletów – cegiełek, nie było problemu z tym, żebym dostał trzy sztuki na pamiątkę, a opłata za wejście była “co łaska” do słoja. Zaczęło się obiecująco, przynajmniej na miejscu… A jeśli już w kwestii pamiątek jesteśmy, to witryna internetowa Świdniczanki informuje, że dostępne są szaliki, koszulki itp., o które nawet pytałem Świdniczankę za pośrednictwem Messengera, szkoda tylko że bez reakcji… No cóż, dobry i pamiątkowy bilet, może jakimś innym kanałem uda się zdobyć szal do kolekcji.

Wracając do zawodów, warto wspomnieć o kilku nazwiskach po obu stronach, zacznijmy więc od ławek trenerskich, bo szkoleniowcami obu zespołów są dwa dość znane, jak na lubelskie realia nazwiska. Trenerem gości z Bychawy jest Łukasz Gieresz, były golkiper kojarzony przede wszystkim z Avią Świdnik, ale mający także występy w dwóch cypryjskich klubach oraz lubelskim Motorze, w którym to spędził jeden sezon na zapleczu ekstraklasy.

Trenerem Świdniczanki jest natomiast Paweł Pranagal, legenda wspomnianej Avii, ale też piłkarz m.in. Górnika Łęczna czy GKS-u Bełchatów, w barwach którego zanotował nawet jeden występ w ówczesnej I lidze, zwanej obecnie Ekstraklasą. Jeśli dodamy do tego fakt, że w barwach drużyny ze Świdnika Małego występują chociażby Przemysław Żmuda, Damian Rusiecki, Sebastian Orzędowski czy Michał Zuber to oznacza, że mamy do czynienia z ciekawą ekipą która będzie prawdopodobnie walczyć o najwyższe cele na piątym poziomie rozgrywkowym.

Mecz do najgorszych nie należał, obie drużyny miały swoje sytuacje, jak to się potocznie mówi “chciały grać w piłkę”, skuteczniejsza była jednak bardziej doświadczona drużyna gospodarzy, przynajmniej w pierwszej połowie której byłem naocznym świadkiem. Gdyby nie patrzeć na to, co “w sieci” to można by uznać, że pierwsza połowa była “na remis” z ewentualnym nieśmiałym wskazaniem na Świdniczankę, tablica z wynikiem na Neptun Arenie pokazywała jednak 2:0 dla gospodarzy (tak też zostało do samego końca, zatem niewiele mnie ominęło w drugiej połowie).

Słowo o kibicach. Mijałem kilka osób w jakichś takich bardziej kibicowskich koszulkach Świdniczanki i po cichu liczyłem, że może uświadczę elementy jakiegoś skromnego dopingu, nic takiego niestety nie miało miejsca. Miłym zaskoczeniem był natomiast fakt przyjazdu kibiców z Bychawy, którzy przybyli w kilku niezorganizowanych grupkach, chociaż jedna z nich, nazwijmy to “bardziej kumata” część fanów Granitu wysiesiła flagę. Na tym jednak się skończyło, przynajmniej w pierwszej połowie żadna ze stron nie wychyliła się poza samą obecność na meczu, a szkoda…

Słowem podsumowania – bardzo ciekawe doświadczenie. Niewielki, lokalny, choć perspektywiczny klub z kameralnym obiektem, rzut beretem od Lublina więc dojazd autem zajmuje dosłownie kilka minut od rogatek, krótko mówiąc, polecam koneserom niższych lig. Gdyby ktoś tam jeszcze wpadł na pomysł dystrybucji giętej stadionowej z grilla opalanego węglem, to byłbym wniebowzięty. 🙂 A, i ten szal, a właściwie jego brak trochę boli, ale jeszcze powalczę. 🙂

Czas przenieść się za miedzę…

Data i miejsce: 22.08.2020, Świdnik Mały
Mecz: Świdniczanka Świdnik Mały – Granit Bychawa
Rozgrywki: IV liga lubelska, grupa II
Widzów: ~200 (gości: ~20)
Doping: po cichu liczyłem…
Pirotechnika: na to nie liczyłem
Piwo: z własnym bez problemu
Catering: brak
Pamiątki: na meczu niestety nie, gdzie indziej podobno tak
Bilet: był – cegiełka w kwocie “co łaska” 🙂
Subiektywna ocena: 6/10

02/2021 Victoria Częstochowa – Grom Miedźno 15.08.2020

Drugą część częstochowskiej pielgrzymki piłkarskiej chciałbym zacząć od posypania głowy popiołem. Plan, o którym wspominałem, był jasny – pierwsza połowa na Stradomiu, druga na Victorii, czas operacyjny na transfer międzystadionowy według map Googla wynosił 11 minut. Przerwa w meczu trwa – jak wiadomo – 15, więc wszystko wydawało się dogranie idealnie – obejrzę drugą połowę meczu częstochowskiej Victorii w całości.

Tak jednak się nie stało. Dojechałem na obiekty Victorii, swoją drogą położone w mało ciekawej okolicy a tam… jedno wielkie nic. Ani kawałka śladu rozgrywek piłkarskich, totalna, przeszywająca cisza, a więc telefon w dłoń. Jak się okazało, Victoria rozgrywa domowe mecze na bocznym boisku Rakowa, kompletnie nie wpadłem żeby sprawdzić tego typu informacje, futbolnięty research zawiódł na całej linii. A przy okazji jestem ciekaw, czy to przeprowadzka na stałe, czy chwilowe wizyty “w gościach”.

Faktem jest natomiast to, że straciłem kilkanaście minut na kolejny transfer Futbolniętowozem i jeszcze kilka następnych chwil – już na miejscu – żeby zlokalizować, jak na wspomniane boczne boisko dotrzeć.

Sumując powyższe – widowiska sportowego z udziałem Victorii Częstochowa i Gromu Miedźno uświadczyłem jedynie na przestrzeni ostatnich trzydziestu minut. Nie przeszkodziło to jednak w byciu świadkiem trzech ostatnich goli dla gospodarzy, którzy punktowali rywala niczym Monachijczycy Katalończyków w rozgrywanym dzień wcześniej spotkaniu Ligi Mistrzów. Jak na A-klasowe granie całkiem przyjemnie oglądało się zawody, szczególnie w wykonaniu pikarzy w zielonych strojach, którzy po rozgromieniu Gromu (nazwa rywala brzmi jak wyzwanie) 6:0 rozsiedli się w fotelu lidera i z góry patrzą na kolejnych ligowych rywali.

Frekwencja na “trybunie” na poziomie 50-60 osób, o dopingu i dodatkowych atrakcjach niestety trzeba zapomnieć i wielce żałuję, że Victoria nie gra na pierwotnym stadionie, choć nie znam powodów takiego stanu rzeczy więc nie będę tego oceniał. Jedyne, czym mogłem się nacieszyć to całkiem przyjemnym, w tym przypadku półgodzinnym widowiskiem piłkarskim… I na tym musimy zakończyć przygodę z blisko stuletnim częstochowskim klubem. Veni, vidi, tyle.

Data i miejsce: 15.08.2020, Częstochowa
Mecz: Victoria Częstochowa – Grom Miedźno
Rozgrywki: śląska klasa A, grupa Częstochowa I
Widzów: ~50-60 (gości: a bo to wiadomo)
Pirotechnika: a w życiu
Doping: niet
Piwo: żadnego wodopoju w bezpośredniej okolicy
Catering: stołówki też
Pamiątki: ni widu, ni słychu
Bilet: brak
Subiektywna ocena: 2/10

01/2021 Stradom Częstochowa – Warta Mstów 15.08.2020

og:image

No i stało się. Po pięciu kowidowo-urlopowych miesiącach wreszcie się “odmroziłem”. 🙂 Blisko półroczna absencja meczowa wydawała się wiecznością, dlatego postanowiłem przełamać ją wizytą na obcym podwórku, a dokładniej północnej rubieży województwa Śląskiego.

Już od dłuższego czasu planowaliśmy odwiedzić rodzinę małżonki w punkcie końcowym sierpniowych pielgrzymek, zwanym potocznie Częstochową. Niższe ligi odpaliły już sezon 20/21, wobec czego wyposzczony pospieszyłem z researchem na znanym i lubianym portalu z ilością meczowych minut w nazwie. Traf chciał, że piękną, sierpniową sobotę swoje mecze domowe rozgrywały dwa częstochowskie kluby z niższych klas rozgrywkowych… Oba o tej samej porze. A zatem – ogień jeden, pieczenie dwie… Da się to pogodzić i skomsumować równolegle. 🙂

W tym wpisie skupimy się na pieczeni pierwszej, rzec można – rozmrożeniowej. Klub Sportowy Stradom Częstochowa, bo o nim mowa, to reprezentant śląskiej ligi okręgowej, grupa II – I (Częstochowa – Lubliniec). Nazwenictwo i klasyfikacja lig skomplikowana z uwagi na ilość klas rozgrywkowych w województwie Śląskim, ale to tylko detale. 🙂

Na obiekt Stradomia w częstochowskiej dzielnicy Stradom (przypadek? nie sądzę) dotarłem pół godziny przed pierwszym gwizdkiem. I tu od razu kowidowa rzeczywistość – służby porządkowe poinformowały mnie, że wstęp jest płatny (bilet-cegiełka 5 zł), co niezmiernie mnie ucieszyło, dodając jednak, że trzeba wpisać swoje personalia wraz z numerem telefonu na listę. Mam w zwyczaju kupować kilka cegiełek, ażeby mieć je na wymianę z innymi kolekcjonerami, co nieco zdziwiło porządkowych jegomości… I wprowadziło w lekkie zakłopotanie, bo ilość sprzedanych wejściówek musiała im się zgadzać z ilością osób wpisanych na wirusową listę… Wspólnymi siłami zrodziła się idea, abym wpisał swoje personalia w tyle rubryk osobowych, ile biorę cegiełek, co oznaczało że wziąłem udział w tym meczu TRZYKROTNIE. Przebije ktoś? 🙂

Po skomplikowanych formalnościach mogłem udać się na trybunę kameralnego obiektu stradomskiego klubu, na której kilkanaście minut przed meczem znajdowała się ledwie garstka osób, sytuacja zmieniała się jednak z minuty na minutę… By wraz z pierwszym gwizdkiem – tu szacuję z dużą dokładnością – odnotować frekwencję oscylującą w okolicach 80-100 osób.

Pogoda tego dnia była – w mojej opinii – wymarzona, mocno ciepło, lecz nie upalnie, gdyby nie fakt, że poruszałem się autem wzorem kilkudziesięciu osób na trybunie prawdopodobnie raczyłbym się zimnym piwkiem zakupionym w jednym z okolicznych sklepów, lenistwo pokonało jednak zamiłowanie do złocistego trunku. 🙂

Tu muszę wspomnieć, że równolegle swój mecz rozgrywał inny częstochowski klub, plan był więc taki, że pierwsza połowa na Stradomiu, druga na innym okolicznym obiekcie, chłonąłem zatem każdą minutę pojedynku gospodarzy z Wartą Mstów i wcale się nie zawiodłem. 14 minuta i gol dla gości, trzy minuty później wyrównanie, oglądało się to całkiem przyjemnie.

Po trzydziestu minutach sędzia zarządził przerwę na uzupełnienie płynów, ja zaś zupełnie przypadkowo zamieniłem kilka słów z jednym z arbitrów liniowych, który stwierdził, że dobry mecz bo obie drużyny “chcą grać w piłkę”. Potwierdzam, chciały i wychodziło im to całkiem nieźle jak na ligę okręgową, lekko żałuję że nie mogłem być do końca zawodów. Gospodarze ostatecznie pokonali Mstowian (chyba tak to się odmienia) 2:1, a ja – jeśli nadarzy się okazja – chętnie wrócę na stradomski obiekt, tyle że już w pełnym wymiarze czasowym. Tymczasem w kolejce czekał już inny częstochowski klub, a ja miałem tylko 15 minut na transfer międzystadionowy. Ale o tym w kolejnym wpisie.

Futbolnięty – odmrożony – oficjalnie!

P.S. Galeria meczowa na moim fanpejdżu na tak zwanych dniach. 🙂

Data i miejsce: 15.08.2020, Częstochowa
Mecz: Stradom Częstochowa – Warta Mstów
Rozgrywki: śląska liga okręgowa, grupa Częstochowa – Lubliniec
Widzów: ~80-100 (gości: dwóch z pewnością)
Pirotechnika: niestety
Doping: też niestety nie 
Piwo: w bezpośrednim sąsiedztwie Żabka i nołnejmowy spożywczy, można wnieść wszystko
Catering: jak wyżej
Pamiątki: podobno wydano szale, ale sprzedano wszystkie kilka dni wcześniej
Bilet: 5 PLN
Subiektywna ocena: 5/10

29/1920 Wisła Płock – Raków Częstochowa 03.03.2020

Blisko trzy miesiące trwał mój rozbrat z futbolem w oficjalnym wydaniu, dlatego mocno świerzbiło mnie, aby czym prędzej gdzieś się wybrać, szczególnie że to już marzec za pasem i pogoda coraz bardziej wiosenna… Ekstraklasą zakończyłem rok miniony, ekstraklasą zaczynam rok bieżący (sparing w Legionowie traktuję z przymrużeniem oka i wliczam go do statystyk połowicznie), wszystko się zgadza.

Kilka dni temu, kiedy dowiedziałem się o moich pustych polach w grafiku, szybko przeleciałem nieocenione 90minut w poszukiwaniu czegoś ciekawego. I szybko nadarzyła się okazja, żeby ruszyć się gdzieś odrobinę dalej, nie tracąc przy tym całego dnia, a ziemią – w tym przypadku obiecaną – był Płock i mecz miejscowej Wisły. Nie trzeba było podejmować rozmaitych działań przygotowawczych, bowiem od mojego Pruszkowa do Płocka jest ledwie sto kilometrów, dlatego ruszając w trasę dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem miałem spory zapas czasowy i mogłem sobie pozwolić na ecodriving, co w przypadku mojego chłonącego paliwo jak gąbka Futbolniętowozu miało niebagatelne znacznie ekonomiczne. Na miejsce dotarłem 40 minut przed pierwszym gwizdkiem i był to wystarczający czas, żeby kupić bilet, chwilę pokręcić się pod stadionem, wejść nań i jeszcze mieć zapas czasowy.

A to dlatego, że pomimo, że ekstraklasa w dość sporym mieście, to jednak wtorek + 18:00 + pogoda średnia łamane na słaba (momentami rzęsisty deszcz, jedyny plus że było stosunkowo ciepło jak na początek marca). Robiąc przedstadionowy rekonesans byłem pewien, że frekwencja tego dnia zamknie się w trzech cyfrach, nieznacznie jednak się pomyliłem, bo na stadionie im. Kazimierza Górskiego zasiadło tego dnia 1714 osób. Wynik niezły, biorąc pod uwagę fakt, że pół godziny przed meczem przed kasami było najzwyczajniej pusto.

Jak już wspominałem w przedmeczowym video, głównym powodem mojej wizyty w Płocku był fakt, że dotarły do mnie wieści, iż z końcem bieżącego sezonu na stadion Nafciarzy wjadą buldożery i obiekt ma się zmienić nie do poznania. Ten obiekt, który jeszcze nie tak dawno uchodził za jeden z nowocześniejszych w kraju i był areną spotkań pierwszej reprezentacji Polski… I choć jeszcze to wszystko trzyma się kupy, to jednak widać na każdym kroku upływ czasu i uwierzytelnia zasadność gruntownej modernizacji.

Rzecz o kibicach. Młyn gospodarzy uformował się dość szybko i moje wprawne oko wyliczyło około 200-250 aktywnie uczestniczących w dopingu kibiców z Płocka. Wokalne pokazy adekwatne do frekwencji, czyli coś tam było słychać ale brakowało przysłowiowego “pierdolnięcia”. Repertuar w miarę różnorodny, całość uzupełniały dwa bębny, a to wszystko pod wodzą gniazdowego, który bardzo kulturalnie zapraszał do aktywnego uczestniczenia w dopingu. Dla mnie to wszystko troszkę zbyt grzeczne, ale nie wszędzie widocznie musi być “agresywny” klimat. 🙂

Goście dotarli na mecz jeszcze przed pierwszym gwizdkiem dwoma autokarami, co w połączeniu w wizualną oceną sektora kibiców z Częstochowy mogło wskazywać, iż było ich około półtorej setki. W asyście prześcieradła z czymś na styl PDW i flagi “Podróżnicy” wokalnie nie zaprezentowali absolutnie niczego ciekawego, a w pierwszej połowie ich doping ograniczył się jedynie do kilkukrotnego “Jesteśmy zawsze tam” – liczyłem na znacznie więcej. Obustronnych uprzejmości nie odnotowano.

Rzecz o meczu. Nie były to zawody, o których ktokolwiek będzie pamiętał dłużej niż 48 godzin, natomiast nie było też tak, że po pierwszych pięciu minutach oglądania tego widowiska można było dostać raka oczu. Taka typowa ekstraklasa, były momenty, jeśli spojrzeć na to spotkanie pod kątem estetyki gry to Raków wygrał zasłużenie. Gospodarze nie byli zdominowani ale nie był to też ich dzień. Raków zagrał mądrzej, wybiegał te trzy punkty, a jeśli miałbym kogokolwiek wyróżnić, to strzelca drugiej bramki, Petraska. Jegomość przy stałych fragmentach jest absolutnym kotem i czerpie ze swoich warunków fizycznych wszystko, co się da. Dość symboliczne były momenty, kiedy niektórzy zawodnicy Wisły w wyskoku mieli głowy niżej niż stojący Petrasek. 🙂

Pamiątki i catering, czyli to, co lubię bardzo. Oferta gastronomiczna całkiem rozbudowana jak na nasze warunki, bo w budce za trybuną serwowano asortyment typu frytki, skrzydełka, nuggetsy i tak dalej, natomiast obok pięknie skwierczał grill węglowy z nieśmiertelną giętą. Nie byłbym sobą, gdybym nie skosztował tego stadionowego frykasu za kwotę dziesięciu złotych. Kiełbaska całkiem smaczna, gabarytowo również powyżej średniej dlatego z czystym sumieniem polecam, choć nie ukrywam, że na innych arenach zdarzało mi się jadać lepsze. Całej gastronomicznej infrastrukturze towarzyszyły jeszcze nalewaki z piwkiem (8 PLN), którego to jednak z uwagi na zmotoryzowanie nie przetestowałem. A szkoda…

Przed i na stadionie punkty z pamiątkami, do wyboru do koloru – szale, koszulki w całkiem przystępnych cenach, wróciłem oczywiście z szalikiem do kolekcji, a na dokładkę darmowy program meczowy i tzw. “teamsheet”, czyli kartka ze składami obu drużyn – to wszystko za darmo, dokładane w kasie do biletu.

Słowem zakończenia i podsumowania – sporo plusów w tym Płocku, dla mnie zabrakło tylko takiej “agresywniejszej” atmosferki, większego fanatyzmu i dobrej pogody. Stadion na pograniczu retro i współczesności też godny uwagi, dlatego polecam się spieszyć z odwiedzinami bo prawdopodobnie po przebudowie straci ten swój klimat rodem z przełomu wieków. Mimo wszystko – warto było i nie żałuję, że pojechałem. A to już dużo. 🙂

Data i miejsce: 03.03.2020, Płock
Mecz: Wisła Płock – Raków Częstochowa
Rozgrywki: Ekstraklasa
Widzów: 1714 (gości: ~150)
Pirotechnika: absolutnie brak
Doping: był, i to by było na tyle…
Piwo: chyba Kasztelan, 8 PLN
Catering: gięta, skrzydełka, suche przekąski – było w czym wybierać
Pamiątki: sklepik klubowy przed i na stadionie, atrakcyjna oferta
Bilet: 20 PLN
Subiektywna ocena: 7/10

28/1920 Legionovia Legionowo – Motor Lublin 08.02.2020

Trochę człowieka świerzbi siedzenie na przysłowiowej dupie w okresie zimowym, dlatego z utęsknieniem czekałem na luty i powrót jakiegokolwiek grania w naszej rodzimej piłce. Okazja na przebudzenie z zimowego snu do lokalnej, piłkarskiej rzeczywistości była zatem najlepsza z możliwych, bo do oddalonego ode mnie o 40 kilometrów Legionowa na testmecz przyjeżdżał mój lubelski Motor.

Z meczami sparingowymi mam dość spory problem, bo przeważnie brakuje w nich emocji, a dominuje chaos i z pozoru bezsensowne półtorej godziny klepania piłki. Zawsze też, ale powtarzam – ZAWSZE – te towarzyskie, zimowe pojedynki kończą się u mnie zmarzniętymi do granic możliwości stopami, ile bym warstw skarpecianych nie założył. I nie ma znaczenia, czy jest pięć stopni na plusie, czy dwadzieścia na minusie (a tego też doświadczyłem). Nie inaczej było tym razem, ale… no taka branża. 🙂

Dzisiejszy dzień meczowy powitał mnie pełnym słońcem, co pozwalało sądzić, że temperatura będzie dodatnia, a to już dużo. Punkt południe zapakowałem się do Futbolniętowoza i ruszyłem w kierunku Legionowa. Z pozoru godzina zapasu powinna wystarczyć na sprawne dotarcie z Pruszkowa do Legionowa, w praktyce jednak na osławionym już stołecznym odcinku trasy S8 trafiłem na poważny wypadek (dzień jak codzień). Zachodziło spore ryzyko spóźnienia, jednak przy pomocy doświadczenia w poruszaniu się po stolicy sprytnie objechałem utrudnienia i jeszcze przed czasem zameldowałem się w Legionowie. Co się okazało – mikropanika odnośnie spóźnienia okazała się bezzasadna, bowiem mecz rozpoczął się z 15-minutowym opóźnieniem. 🙂

Zawody rozegrano – jak można było przypuszczać – na bocznym boisku, które łatwiej było znaleźć niż sam właściwy obiekt. Nie kryjąc się przesadnie z barwami klubowymi (a miałem na sobie bluzę Motoru, jednak bez widocznych emblematów) znalazłem sobie miejsce tuż przy ławce rezerwowych lubelskiej drużyny, co pozwoliło mi odkryć kilka smaczków z “szatni” Motoru i poznać niektórych zawodników z zupełnie innej strony (szczególnie mówię tu o Rafale Grodzickim, in plus).

O samym meczu od strony sportowej nie bardzo jest co pisać, co potwierdziło moje przypuszczenia i przekonania co do widowiskowości tego typu zawodów. Obie drużyny “dały sobie po razie”, przy czym goście wyrównali w ostatnich sekundach gry, a jedynym gorętszym momentem spotkania była awantura, jaka rozegrała się po faulu jednego z piłkarzy Motoru. Precyzując zajście – jeden z lubelskich piłkarzy faulował zawodnika Legionovii, ten przesadnie się zagotował i poleciały jakieś teksty w stylu “zaraz Ci zajebię”, usłyszał to inny z Motorowców i się zaczęło. W sekundę około dwudziestu chłopa ruszyło w swoim kierunku a wszystko działo się tak szybko, że ciężko było uchwycić kto odpychał, kto rozdzielał i tak dalej. Sytuacja na szczęście uspokoiła się po nieco ponad minucie, sędzia zapytał trenera Hajdę czy jest w stanie uspokoić “ósemkę” i gra została wznowiona.

Więcej grzechów nie pamiętam. Gdyby to był mecz drużyn, które w komplecie nie wzbudzają we mnie żadnych emocji to pewnie bym żałował tych trzech godzin poświęconych na mecz plus dojazd. A tak… no powiedzmy, że brałem udział w gorszych piłkarskich wydarzeniach. 🙂 Kolejne przygody – mam nadzieję – będą już o punkty, a z racji charakteru dzisiejszego pojedynku pozostawiam wpis bez ocen.

Podsumowanie roku 2019

Jako futbolowy świr bardziej jestem zwolennikiem podsumowania sezonu, aniżeli roku, niemniej jednak chciałbym ubrać w statystyki pierwsze pełne dwanaście miesięcy działalności. Jaki to był rok? W jakimś stopniu przełomowy i otwierający pewne wizje na tę moją zajawkę, urzeczywistniłem część założeń i nieco rozwinąłem działalność, a przy okazji narzuciłem sobie kolejne cele na kolejny rok. Ale, do rzeczy:

W 2019 roku byłem na 51 meczach, co jest moim prywatnym rekordem. Na tę liczbę złożyły się zaledwie 4 zagraniczne mecze, wszystkie w Serbii, i na tym polu mam zdecydowanie sporo do poprawy. 🙂 Jak szybko można wyliczyć, na naszym krajowym podwórku zaliczyłem 47 spotkań w 7 województwach, kolejno 32 Mazowieckie, 6 Lubelskie, 3 Łódzkie, 3 Świętokrzyskie, 1 Małopolskie, 1 Podkarpackie, 1 Dolnośląskie.

Czas na statystyki klubowe. W 2019 roku odwiedziłem domowe mecze 40 klubów / reprezentacji, a więcej niż raz byłem na meczach Motoru Lublin (3), Znicza Pruszków (3), Pogoni Grodzisk Maz. (2), Legii Warszawa (2), Świtu Warszawa (2), GLKSu Nadarzyn (2) i ANPRELu Nowa Wieś (2). Powyższa statystyka zdradza co nieco na temat pewnych faktów z mojego życia prywatnego, KMWTW, jak zwykło się kiedyś mawiać. 😛

Rozłóżmy teraz na czynniki pierwsze klasy rozgrywkowe, w jakich uczestniczyłem (poziomy, nie nazewnictwo):
10 – Polska III liga
8 – Polska IV liga, Polska VII liga
7 – Polska VI liga
6 – Polska VIII liga
3 – Polska III liga
2 – Liga Europy, Serbia I liga, Serbia II liga
1 – Polska I liga, Okręg. Puchar Polski, reprezentacja seniorska

W 2019 roku w powyższych meczach zobaczyłem 194 bramki, co daje nienajgorszą średnią 3,8 bramki na mecz, sporo jednak zawyżoną przez niektóre mecze naszych rodzimych zespołów z peryferii futbolu. Meczem z największą liczbą bramek, jak widziałem był pojedynek KTS Weszło z Jednością Warszawa, w którym gospodarze pokonali rywala 12:2, i tym samym było to najwyższe zwycięstwo jakiego doświadczyłem w 2019 roku. Patrząc w drugą stronę, miałem (nie)przyjemność uczestniczyć w zaledwie czterech meczach bezbramkowych.

Kiedy już przebrnęliśmy przez ten las cyferek, na zakończenie pozwolę sobie wybrać mój osobisty mecz roku, i nie będzie tu niespodzianki…

Crvena Zvezda – Partizan, czyli słynne wieczne derby Belgradu. Ile bym tutaj zdań nie zostawił i zdjęć nie wrzucił, to i tak nie odda atmosfery którą przeżywa się będąc na Marakanie. Absolutny must watch dla każdego, kto interesuje się piłką nożną nie tylko jako widowiskiem sportowym, ale też całą otoczką. Stawiam zdecydowany znak jakości i polecam, Łukasz Szlachetka. 🙂

Planów na rozpoczęty już 2020 rok nie chcę zdradzać, powiem tylko, że zakładam sobie projekt 20/20, czyli po minimum 20 spotkań w obu rundach. Do zrobienia, aczkolwiek łatwo nie będzie bo bycie mężem, ojcem i wyrabiającym ponad 200 godzin miesięcznie w pracy pochłania trochę czasu i energii. 🙂 Co by się nie działo, wszystkiego co najlepsze na nowy rok!

27/1920 Śląsk Wrocław – Legia Warszawa 08.12.2019

Dla każdego fanatyka Motoru wyjazd do Wrocławia na Śląsk to punkt obowiązkowy, dlatego od dłuższego czasu planowałem to zrobić, czekałem jednak na mecz z kategorii “kibicowski top” w dogodnym terminie. Taki przytrafił się na początku grudnia, co zdecydowanie opóźniło mój piłkarski sen zimowy, a rywalem wrocławian była stołeczna Legia. Jeśli dodamy do tego fakt, że do stolicy Dolnego Śląska wybierała się rekordowa grupa kibiców z Warszawy, a i sami gospodarze szczególnie mobilizowali się na ten pojedynek to oznaczało, że czeka mnie absolutna petarda.

Zacznijmy jednak od początku. Długo biłem się z myślami, czy jechać do Wrocławia autem, czy jednak po raz pierwszy w erze Futbolniętego postawić na kolej. Obie opcje miały szereg tak plusów, jak i minusów, ostatecznie jednak stanęło na skorzystaniu z usług PKP. Niewątpliwym atutem tej decyzji była możliwość zażywania piwerka, sporym jednak minusem było uzależnienie się od – fatalnego moim zdaniem – rozkładu jazdy. Mecz rozpoczynał się o 17:30, ja jednak postanowiłem przybyć do Wrocławia już chwilę przed 10:00. Podróż “tam” zleciała migiem, siedziałem sobie sam w przedziale pomimo tego, że nie dobierałem “miejscówki” do biletu weekendowego i generalnie ledwo się obejrzałem, a już Opole, Brzeg, Wrocław… Witam.

Sześć luźnych godzin znaczyło, że trzeba pospacerować tu i tam, przejrzeć ofertę gastronomiczną, “poczuć” miasto. Trafiłem świetnie, bo tego dnia na wrocławskim rynku i w jego okolicach odbywał się Jarmark Bożonarodzeniowy, a jako że jestem wielkim zwolennikiem całej tej świątecznej otoczki, to czułem się podjarany jak kilkulatek przy rozpakowywaniu wigilijnych prezentów. To wszystko jednak miało też jeden ogromny minus, bo już w południe wszystkie okoliczne knajpy (a jest ich mnóstwo) były szczelnie wypełnione i znalezienie wolnego miejsca, żeby napić się przysłowiowego “jednego piwa” było nie lada gimnastyką.

Czas wolny szybko zleciał i na dwie godziny przed rozpoczęciem spotkania transportowałem się już na położony na obrzeżach miasta Stadion Wrocław, który tego dnia miał kipieć fanatyzmem. Po drodze jeszcze szybki posiłek w postaci pierogów w asyście pięćdziesiąteczki nalewki w jakiejś ukraińskiej knajpce i 16:30 byłem już przed wrocławską areną. Tu również jeszcze osławiona “setunia” i można było wchodzić na obiekt.

Mecz miało tego dnia obejrzeć ponad trzydzieści tysiecy widzów, dlatego byłem w wielkim szoku, że wejście na stadion odbyło się ekspresowo, wręcz bezkolejkowo. Zanim udałem się na trybunę, zlokalizowałem jeszcze sklepik kibicowski, czego skutkiem był powrót do domu ze zgodową koszulką i pasiakiem. A później… Trybuno B, witaj. Wiedziałem, że jeśli zdecyduję się być częścią wrocławskiego młyna to odbije się to negatywnie na “służbowym” aspekcie wyjazdu, czyli obowiązkach Futbolniętego… Ale skoro pierwszy raz gościłem u Braci na meczu, to miałem bardzo głęboko wiadomo gdzie seryjne strzelanie fotek i w pełni poddałem się fanatycznemu dopingowi.

I nie żałowałem tej decyzji ani przez chwilę. Trochę mi się sentymantalnie zrobiło, kiedy w trakcie oprawy operowałem jedną z “machajek”, wróciły wspomnienia, kiedy na Zygmuntowskich nie raz trzymało się racę w łapie i wracało do domu ze zdartym gardłem… I dziś ja, ponad trzydziestoletni “jeszcze nie zgred, już nie małolat” poczułem się właśnie jak małolat. 🙂

Krótko podsumujmy kibicowskie aspekty pojedynku. Młyn Śląska – podobno – około dziewięciu tysięcy głów, gości natomiast – o ile dobrze pamiętam – dokładnie 3421. Taka ilość świrów na jednym stadionie musiała przerodzić się w eksluzywną wizytówkę polskiej sceny ultra. Jeśli dodamy do tego niezliczoną ilość pirotechniki i potężny, obustronny doping przez pełne 90 minut to mamy genialny obrazek polskiej sceny kibicowskiej. Festiwal piosenki wulgarnej również się odbył, brały w nim udział obie strony ale to jednak gospodarze wiedli prym w tej konkurencji. 🙂

Na boisku wygrała drużyna zdecydowanie lepsza, choć wcale nie musiało tak się stać. Pierwszą “dwusetkę” mieli gospodarze, w postaci karnego przestrzelonego przez Roberta Picha, a dalej to już Legioniści doszli do głosu i ostatecznie po strzeleniu trzech bramek, przy zachowanym czystym koncie z tyłu wrócili do stolicy. Warto jeszcze dodać, że sam pojedynek trwał nieco ponad 100 minut, bowiem sylwestrowy pokaz pirotechniczny kibiców Śląska zmusił arbitra do przerwania meczu na kilka minut, aż zdążyło się wszystko wystrzelać. 🙂

Po meczu przymusowe cztery godziny “w terenie”. Pociąg powrotny miałem mieć pierwotnie dwadzieścia minut po północy, tablica na dworcu wskazywała jednak “40 min delay”, pani z głośników wydłużyła później opóźnienie o kolejne dwadzieścia minut… Po czym pociąg podjechał spóźniony o – tylko – 30 minut. Serdecznie współczuję tym, którzy poważnie potraktowali komunikaty i gdzieś tam sobie poszli na jakiś czas, bo prawdopodobnie zostali w przysłowiowej dupie i musieli czekać jeszcze kilka godzin na kolejny skład. Drogę powrotną przespałem w zasadzie w całości, bo nie mogłem zdzierżyć że pociąg może się zatrzymywać dwa razy na tej samej stacji w ciągu jednego przejazdu. Ot, PKP w pigułce. 🙂

Reasumując – rok zacząłem mocnym kibolskim akcentem w postaci derbów Belgradu, kończę natomiast równie dobrym pierdolnięciem w postaci naszego lokalnego fanatycznego topu. Chyba nie ma co narzekać. 🙂

Wyjazd bez samochodu jest świetną okazją, żeby zapoczątkować nowy cykl, który pozwolę sobie nazwać “Beernięty”. We Wrocławiu dostąpiłem zaszczytu:

Česká, Świdnicka 8a: Čochtan z nalewaka, mocno nagazowany, średnio goryczkowy lager bez pianki, najlepsze w ciągu pierwszych kilku minut. Cena: 11 PLN. 7/10
Pijalnia Wódki i Piwa, Rynek – ratusz 13/14: jakieś z nalewaka, już nie pamiętam, chyba Warka. Barowy klasyk, Cena: 8,50 PLN. 4/10.
Craftova, Rynek 22/1a: Vinohradsky Pivovar – Pils z nalewaka, kraft co się zowie, sporo goryczy ale w bazowej temperaturze ambrozja. Cena: 14,00 PLN. 7/10.

I dalej na świeżym powietrzu jeszcze miejscowe, zapuszkowane Piasty, czyli tradycyjne polskie lagery z segmentu “Królewskie – Warka – Tyskie”. Taka średnia krajowa, 5/10. 🙂

Data: 08.12.2019
Mecz: Śląsk Wrocław – Legia Warszawa
Rozgrywki: Ekstraklasa
Widzów: 31819 (gości: 3421)
Pirotechnika: około mnóstwo
Doping: na najwyższym poziomie
Piwo: tylko bezalkoholowe
Catering: kiełby, zapieksy, nietestowane tym razem 🙁
Pamiątki: sklepik klubowy, sklepik kibicowski, dostępne wszystko
Bilet: 25 PLN na młyn
Subiektywna ocena: 9/10, tylko dlatego, że piwo alkofree