29/1920 Wisła Płock – Raków Częstochowa 03.03.2020

Blisko trzy miesiące trwał mój rozbrat z futbolem w oficjalnym wydaniu, dlatego mocno świerzbiło mnie, aby czym prędzej gdzieś się wybrać, szczególnie że to już marzec za pasem i pogoda coraz bardziej wiosenna… Ekstraklasą zakończyłem rok miniony, ekstraklasą zaczynam rok bieżący (sparing w Legionowie traktuję z przymrużeniem oka i wliczam go do statystyk połowicznie), wszystko się zgadza.

Kilka dni temu, kiedy dowiedziałem się o moich pustych polach w grafiku, szybko przeleciałem nieocenione 90minut w poszukiwaniu czegoś ciekawego. I szybko nadarzyła się okazja, żeby ruszyć się gdzieś odrobinę dalej, nie tracąc przy tym całego dnia, a ziemią – w tym przypadku obiecaną – był Płock i mecz miejscowej Wisły. Nie trzeba było podejmować rozmaitych działań przygotowawczych, bowiem od mojego Pruszkowa do Płocka jest ledwie sto kilometrów, dlatego ruszając w trasę dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem miałem spory zapas czasowy i mogłem sobie pozwolić na ecodriving, co w przypadku mojego chłonącego paliwo jak gąbka Futbolniętowozu miało niebagatelne znacznie ekonomiczne. Na miejsce dotarłem 40 minut przed pierwszym gwizdkiem i był to wystarczający czas, żeby kupić bilet, chwilę pokręcić się pod stadionem, wejść nań i jeszcze mieć zapas czasowy.

A to dlatego, że pomimo, że ekstraklasa w dość sporym mieście, to jednak wtorek + 18:00 + pogoda średnia łamane na słaba (momentami rzęsisty deszcz, jedyny plus że było stosunkowo ciepło jak na początek marca). Robiąc przedstadionowy rekonesans byłem pewien, że frekwencja tego dnia zamknie się w trzech cyfrach, nieznacznie jednak się pomyliłem, bo na stadionie im. Kazimierza Górskiego zasiadło tego dnia 1714 osób. Wynik niezły, biorąc pod uwagę fakt, że pół godziny przed meczem przed kasami było najzwyczajniej pusto.

Jak już wspominałem w przedmeczowym video, głównym powodem mojej wizyty w Płocku był fakt, że dotarły do mnie wieści, iż z końcem bieżącego sezonu na stadion Nafciarzy wjadą buldożery i obiekt ma się zmienić nie do poznania. Ten obiekt, który jeszcze nie tak dawno uchodził za jeden z nowocześniejszych w kraju i był areną spotkań pierwszej reprezentacji Polski… I choć jeszcze to wszystko trzyma się kupy, to jednak widać na każdym kroku upływ czasu i uwierzytelnia zasadność gruntownej modernizacji.

Rzecz o kibicach. Młyn gospodarzy uformował się dość szybko i moje wprawne oko wyliczyło około 200-250 aktywnie uczestniczących w dopingu kibiców z Płocka. Wokalne pokazy adekwatne do frekwencji, czyli coś tam było słychać ale brakowało przysłowiowego “pierdolnięcia”. Repertuar w miarę różnorodny, całość uzupełniały dwa bębny, a to wszystko pod wodzą gniazdowego, który bardzo kulturalnie zapraszał do aktywnego uczestniczenia w dopingu. Dla mnie to wszystko troszkę zbyt grzeczne, ale nie wszędzie widocznie musi być “agresywny” klimat. 🙂

Goście dotarli na mecz jeszcze przed pierwszym gwizdkiem dwoma autokarami, co w połączeniu w wizualną oceną sektora kibiców z Częstochowy mogło wskazywać, iż było ich około półtorej setki. W asyście prześcieradła z czymś na styl PDW i flagi “Podróżnicy” wokalnie nie zaprezentowali absolutnie niczego ciekawego, a w pierwszej połowie ich doping ograniczył się jedynie do kilkukrotnego “Jesteśmy zawsze tam” – liczyłem na znacznie więcej. Obustronnych uprzejmości nie odnotowano.

Rzecz o meczu. Nie były to zawody, o których ktokolwiek będzie pamiętał dłużej niż 48 godzin, natomiast nie było też tak, że po pierwszych pięciu minutach oglądania tego widowiska można było dostać raka oczu. Taka typowa ekstraklasa, były momenty, jeśli spojrzeć na to spotkanie pod kątem estetyki gry to Raków wygrał zasłużenie. Gospodarze nie byli zdominowani ale nie był to też ich dzień. Raków zagrał mądrzej, wybiegał te trzy punkty, a jeśli miałbym kogokolwiek wyróżnić, to strzelca drugiej bramki, Petraska. Jegomość przy stałych fragmentach jest absolutnym kotem i czerpie ze swoich warunków fizycznych wszystko, co się da. Dość symboliczne były momenty, kiedy niektórzy zawodnicy Wisły w wyskoku mieli głowy niżej niż stojący Petrasek. 🙂

Pamiątki i catering, czyli to, co lubię bardzo. Oferta gastronomiczna całkiem rozbudowana jak na nasze warunki, bo w budce za trybuną serwowano asortyment typu frytki, skrzydełka, nuggetsy i tak dalej, natomiast obok pięknie skwierczał grill węglowy z nieśmiertelną giętą. Nie byłbym sobą, gdybym nie skosztował tego stadionowego frykasu za kwotę dziesięciu złotych. Kiełbaska całkiem smaczna, gabarytowo również powyżej średniej dlatego z czystym sumieniem polecam, choć nie ukrywam, że na innych arenach zdarzało mi się jadać lepsze. Całej gastronomicznej infrastrukturze towarzyszyły jeszcze nalewaki z piwkiem (8 PLN), którego to jednak z uwagi na zmotoryzowanie nie przetestowałem. A szkoda…

Przed i na stadionie punkty z pamiątkami, do wyboru do koloru – szale, koszulki w całkiem przystępnych cenach, wróciłem oczywiście z szalikiem do kolekcji, a na dokładkę darmowy program meczowy i tzw. “teamsheet”, czyli kartka ze składami obu drużyn – to wszystko za darmo, dokładane w kasie do biletu.

Słowem zakończenia i podsumowania – sporo plusów w tym Płocku, dla mnie zabrakło tylko takiej “agresywniejszej” atmosferki, większego fanatyzmu i dobrej pogody. Stadion na pograniczu retro i współczesności też godny uwagi, dlatego polecam się spieszyć z odwiedzinami bo prawdopodobnie po przebudowie straci ten swój klimat rodem z przełomu wieków. Mimo wszystko – warto było i nie żałuję, że pojechałem. A to już dużo. 🙂

Data i miejsce: 03.03.2020, Płock
Mecz: Wisła Płock – Raków Częstochowa
Rozgrywki: Ekstraklasa
Widzów: 1714 (gości: ~150)
Pirotechnika: absolutnie brak
Doping: był, i to by było na tyle…
Piwo: chyba Kasztelan, 8 PLN
Catering: gięta, skrzydełka, suche przekąski – było w czym wybierać
Pamiątki: sklepik klubowy przed i na stadionie, atrakcyjna oferta
Bilet: 20 PLN
Subiektywna ocena: 7/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *